niedziela, 28 lutego 2021

Księga utraconych imion. Kristin Harmel

 

TYTUŁ: Księga utraconych imion
AUTOR: Kristin Harmel
WYDAWNICTWO: Świat Książki
GATUNEK: powieść obyczajowa
STRON: 400
DATA PREMIERY: 24 lutego 2021



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



To kolejne spotkanie z autorką. Pierwszą książką jaką przeczytałam nosiła tytuł Słodycz zapomnienia. Był rok 2016. Bardzo przypadła mi do gustu. Postanowiłam śledzić poczynania tej pisarki. Potem były kolejne powieści: Dom przy ulicy Amelie i Żona winiarza. Dobre były, ale bez zachwytów. I kiedy zobaczyłam ten tytuł w zasobach Legimi, to postanowiłam sprawdzić czym tym razem mnie zachwyci lub też nie. Wiedziałam czego mogę się spodziewać, skoro 3 książki jej autorstwa już za mną.

Fabuła toczy się dwutorowo. W 2005 roku w Stanach i w latach 40 we Francji. 
W wątku współczesnym Eva jest ponad osiemdziesięcioletnią bibliotekarką w jednym z amerykańskich miast. Pewnego razu dostrzega artykuł w gazecie, który inspiruje ją do wyjazdu do Francji, której nie widziała od ponad 60 lat. 
W wątku francuskim Eva jest Żydówką mieszkającą w Paryżu. Kiedy w lipcu 1942 dochodzi do obławy Vel d’Hiv w wyniku której zostaje aresztowany ojciec Evy, to nasza bohaterka postanawia uciec z matką na prowincję. I wtedy trafia w szeregi francuskiego ruchu oporu i dzięki swoim zdolnościom zostaje fałszerzem dokumentów. 
Tak w skrócie można przedstawić fabułę. Ja dostrzegłam coś więcej w tej powieści. I choć temat, powrót do lat wojennych przez osobę w zaawansowanym wieku, wydał mi się oklepany, to tutaj było coś, co mnie bardzo poruszyło. Kolejność przedstawionych poruszeń" bez znaczenia.
We Francji działał ruch oporu. Wiele książek i filmów o nim powstało. Tutaj autorce udało się przedstawić wiele różnych postaw, nie tylko Francuzów, od ruchu oporu, poprzez obojętność aż do kolaborację z wrogiem. Nie każdy Żyd był dobry i nie każdy Niemiec był zły. Doceniam takie przedstawienie postaw ludności cywilnej w czasach wojennych.
Doceniam także przygotowanie autorki w sprawie fałszowania dokumentów przez członków Resistance. Ciekawie przedstawione niuanse tworzenia różnych dokumentów i dylematy, z jakimi zmagali się je tworzący.
W wątku współczesnym Eva jest bibliotekarką. Ale nie tylko. Całe swoje życie kochała książki. Były one bardzo ważne dla niej i tę miłość do słowa pisanego udało się autorce świetnie przedstawić. Jakbym czytała o sobie.
Wątek miłosny pomiędzy Evą a jej ukochanym najmniej przypadł mi do gustu. Ja po prostu nie lubię romansów. Tutaj akurat Harmel udało się przedstawić ten temat bez zbytniego patosu i ckliwości. Choć był ciut przewidywalny, to nic nie popsuło mi przyjemności z czytania. 
Najbardziej chwyciło mnie za serce, to dla kogo były te fałszowane dokumenty. Robione je dla żydowskich dzieci, które były zmuszone opuścić Francję, bez rodziców i rodziny. Ruch oporu przerzucał te dzieciaki do innych krajów, aby tam mogły przeczekać wojnę, a później spotkać się z rodzicami. Tylko że spora część dzieci była bardzo mała i nie mogła pamiętać swoich rodziców. I tutaj pojawia się Księga, w której Eva zapisywała prawdziwe i fałszywe dane dzieci. I żeby nikt niepowołany nie mógł tego przeczytać, to zaszyfrowała te dane używając ciągu Fibonacciego. Jak? To trzeba doczytać. 
Tematyka ratowania dzieci żydowskich bardzo kojarzyła mi się z naszą Ireną Sendlerową. Irena chowała dane w słoiku, a tutaj była księga. Takie skojarzenie miałam podczas czytania.
Jest też inny epizod polski. Rodzice Evy byli Polakami. 

Ta powieść podzieli los książki Słodyczy zapomnienia. Jest w niej coś, co nie daje mi spokoju. Porusza serce i skłania do przemyśleń. Jednym z nich jest takie: nie trzeba walczyć z bronią w ręku, aby być bohaterem na wojnie. Można w zaciszu biblioteki tworzyć nowe dokumenty i tym sposobem ratować ludzkie życie. Bardzo wiele żyć. 
Ta książka skłania do wielu innych przemyśleń. Nie napisałam tutaj o wszystkich. Zostawiam przyjemność ich wyszukiwania potencjalnemu czytelnikowi.
Polecam.

niedziela, 21 lutego 2021

Dziewczynka z wycinanki. Opowieść o wojnie, przetrwaniu i rodzinie. Bart van Es

 

TYTUŁ: Dziewczynka z wycinanki. 
Opowieść o wojnie, przetrwaniu i rodzinie.
AUTOR: Bart van Es
WYDAWNICTWO: Bo.wiem
GATUNEK: literatura faktu
STRON: 272
DATA PREMIERY: 25 stycznia 2021



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek





Książka ta wywołała u mnie wiele przemyśleń i refleksji. Spowodowała we mnie karuzelę emocji i teraz sama nie wiem, od czego mam zacząć. Należy ona do kategorii literatura faktu, a tę cenię sobie najbardziej. I przedstawia tematykę, po którą sięgam najchętniej, czyli drugowojenną. Jest połączeniem, jak czytamy na okładce, książki historycznej, reportażu i biografii. I to zdanie spowodowało, że podeszłam do tej pozycji nieufnie. Czy słusznie?

Bart van Es to wnuczek małżeństwa, które w czasie wojny ukrywało żydowskie dzieci, w tym m.in. tytułową dziewczynkę. Autor z urodzenia jest Holendrem, choć od lat mieszka w Anglii gdzie wykłada historię literatury. Postanowił zgłębić historię swojej rodziny i wyjaśnić, dlaczego Lien, uratowana przez dziadków żydowska dziewczynka, została wymazana z rodzinnej pamięci. 

W książce można wyodrębnić trzy warstwy.
Pierwsza to opowieść Lien. Lien, która będąc już u kresu swojego życia decyduje opowiedzieć się Bartowi swoją historię. Bolesną i trudną.
Druga to komentarze van Esa do tego, co opowiada Lien. Komentarze, które tworzą niesamowite tło historyczne i są bardzo ciekawą lekcją.
Trzecia to opowieść autora, o tym jak powstawała książka. Kiedy i w jakich okolicznościach spotykał się z Lien, jak wyglądały ich spotkania i jak przebiegał cały proces tworzenia tej opowieści.

Życiorys Lien wydaje się podobny do życiorysów wielu żydowskich dzieci w tamtym okresie. Holandia, rok 1942, rodzice w obawie o życie córki postanawiają oddać ją pod opiekę nieżydowskiej rodziny. Dziewczynka ma 9 lat i w momencie pojawienia się zagrożenia przenoszona jest w inne miejsce. I tak spędza całą wojnę. Ukrywana i niepewna swej przyszłości. Po wojnie próbuje ułożyć sobie życie bez rodziny, która wojny nie przeżyła i walcząc ze swoimi traumami. Ale wydarza się coś, co powoduje, że dziadkowie autora postanawiają wymazać Lien ze swego życia. Jaki jest tego powód? Tak w skrócie można przedstawić biografię Lien.

Książka ma szansę na moją Książkę Roku 2021 z kilku powodów:

*jest to literatura faktu, biografia opowiedziana przez kobietę ocaloną z Holocaustu. Tego, mam nadzieję, nie trzeba dokładniej wyjaśniać.
*jest to wspaniała lekcja historii: Żydów, Holandii, Holendrów i ich wyborów, człowieczeństwa i miłości.
*autor wtrąca swoje przemyślenia i odniesienia do obecnej sytuacji w Europie snując analogie do czasów wojennych i przedwojennych. Można się z nim zgadzać bądź nie, ale warto przystanąć i się zastanowić.
*przypadł mi do gustu sposób przedstawienia tej historii. Bez oceniania i z dużą dozą empatii.
*książka stanowi, w mojej ocenie, nie tylko próbę rozliczenia czy wyjaśnień historii własnej rodziny, ale także Holendrów. Po raz kolejny okazuje się, że to nie narodowość czyni człowieka dobrym czy złym. 
*do pewnego momentu miałam wrażenie, że autor zmierza do tego, żeby dziadkom przyznać medal Sprawiedliwy wśród narodów świata, który jest nadawany osobom ratującym życie Żydom w czasie drugiej wojny światowej. Jakież było moje zdziwienie po skończonej lekturze, kiedy to ANI RAZU nie padło nic o żadnym medalu. Jak wykazuje autor w Holandii działała cała siatka rodzin zastępczych, która przyjmowała żydowskie dzieci pod swój dach. I wskazuje jakimi pobudkami kierowali się ci ludzie. 
*wiele biografii Ocaleńców kończy się wraz z zakończeniem się wojny. Tutaj jest inaczej. Tytułowa dziewczynka opowiada o tym jak wyglądało jej życie po wojnie, z czym się zmagała, czego nie mogła zapomnieć i jak doświadczenia wojenne wpłynęły na jej późniejsze życie.
*pod koniec tej opowieści autor przyznaje, że to doświadczenie zmieniło jego życie. Inaczej spojrzał na swoich przodków, ale też i na swoje dzieci. Choć te prywatne wtręty mogą drażnić, jednak ja czytałam je z ciekawością. Bo, jak pisze i wiele razy powtarza autor: bez rodziny nie ma historii. A bez przeszłości przyszłości.

Mam jednak dwie osobiste uwagi to tej książki.
Tytuł. Został przetłumaczony jako Dziewczynka z wycinaki. Dla mnie to on powinien brzmieć: wycięta/odcięta dziewczyna. Dla mnie to znaczna różnica. Być dziewczyną z wycinanki to dla mnie nie to samo, co być wyciętą (z rodziny) dziewczyną. Ale to tylko moje odczucia.
Brak przypisów. Brakowało mi przypisów bądź bibliografii w tej książce. Autor, co prawda, w epilogu wyjaśnia gdzie szukał informacji. Wiele razy mi się zdarzało spisywać ciekawe pozycje wyszczególnione w przypisach, a potem ich wyszukiwać. No cóż, ja tu odczułam ten brak.

Podsumowując: ciekawe połączenie biografii ocalonej, historii rodzinnej, historii Europy w XX wieku z przemyśleniami i refleksjami autora układającymi się w niezwykle interesującą i skłaniającą do przemyśleń układankę, którą warto samemu ułożyć.

Polecam. 

PS. Jeśli kogoś interesuje temat drugiej wojny w Holandii, to polecam inne książki, o których można przeczytać na tym blogu:

After Auschwitz. Przejmujące świadectwo przetrwania przyrodniej siostry Anny Frank. Eva Schloss

Ostatni pociąg. Meg Waite Clayton



poniedziałek, 15 lutego 2021

Uratowany rysunkami. Walter Spitzer

 

                                                  TYTUŁ: Uratowany rysunkami
AUTOR: Walter Spitzer
WYDAWNICTWO: Od deski do deski
GATUNEK: autobiografia, wspomnienia
STRON: 236
DATA PREMIERY: 9 listopada 2016 


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Zgadzali się mnie uratować pod warunkiem, że uroczyście obiecam, iż pędzlem będę zaświadczał o tym, co zobaczyłem. Obiecałem.

I tak to jedna obietnica stała się drogowskazem życiowym pewnego chłopca. I pośrednią przyczyną napisania tej autobiografii.

Walter Spitzer urodziła się w 1927 roku w Cieszynie w żydowskiej rodzinie. Kiedy wybucha wojna ma 12 lat i jego świat właśnie się kończy. Doświadcza takich przeżyć i emocji, jakich nikt nie był w stanie przewidzieć. I jakie dosięgają całą ludność żydowską w tamtym czasie. Getto, obozy pracy przymusowej, Gross-Rosen, Marsz Śmierci, Buchenwald i wyzwolenie. A on nawet nie jest pełnoletni.

To, w jaki sposób autor przedstawia swoje koleje losu, nie pozostawia czytelnika obojętnym. Oczami dziecka patrzymy na głód, brud, upodlenie, choroby, śmierć. Ale też miłość, zauroczenie, marzenia i fantazje o wolności. Autor nie boi się poruszać żadnych tematów. Nie ocenia zachowań poprzez narodowość. Dostaje się wszystkim: Niemcom, Polakom, Żydom, Amerykanom. Kiedy doświadcza dobroci ludzkiej też nikogo nie pomija. Dziękuję Niemcom, Polakom, Żydom, Amerykanom. 
Kiedy pisze o swoich pierwszych miłościach i doświadczeniach z kobietami, to nie owija tego w pruderię. Wiele jego komentarzy do opisywanych wydarzeń wynika z późniejszych doświadczeń i wyróżnionych jest w książce kursywą.
Spitzer wyróżnia się talentem. Uwielbia rysować i ta pasja trzyma go przy życiu. Dosłownie. Niewielkie rysunki czy szkice wymienia w obozie na jedzenie, co pozwala mu przeżyć. I to wtedy marzy o tym, by po wojnie malować w Paryżu dotrzymując złożonej obietnicy. I ten fragment, już na końcu książki, kiedy opisuje swoje szczęście, że jednak mu się udało powoduje, że nie da się tej książki czytać bez łez. Wojna zabrała Walterowi wszystko: kraj, dom, rodzinę, przyjaciół. Został sam. 
Jednak trzymając się złożonej przysięgi, pokonywał wszelkie trudności życiowe, choć los po wojnie nie szczędził mu problemów.
Autor w tym roku skończy 94 lata. Nadal mieszka i tworzy w Paryżu. A skąd to wiem? Można go odnaleźć na Facebooku. I tam podejrzeć jego działalność i obrazy. 

Podsumowując: należę do osób, które zwracają uwagę nie tylko na treść, ale na kilka jeszcze innych rzeczy. Tutaj tytuł i okładka tak bardzo pasują, że chyba nikt by tego lepiej nie wymyślił. Zdjęcia osób, miejsc i rysunków autora na końcu książki są przejmujące. Można patrzyć bez końca.
Czuję wdzięczność, że mogłam poznać biografię takiego człowieka. Jest to bardzo cenne świadectwo tamtych okrutnych czasów. Kiedy skończyła się wojna, to autor skończył 18 lat. I całym swoim późniejszym życiem sprawił, że obietnica się wypełniła.

Polecam.

piątek, 5 lutego 2021

Pypcie na języku. Niedorajda. Zero zahamowań. Michał Rusinek

 

                                                        
Słowem wspólnego wstępu dla wszystkich 3 książek napiszę krótkie wyjaśnienie. To moje pierwsze spotkanie z twórczością autora. Choć sama osoba twórcy nie jest mi obca, bo kojarzona z przestrzeni publicznej, to bardziej, jako asystent/sekretarz Wielkiej Noblistki niż osoba pisząca. Ale pewnego razu natrafiłam na tak zachęcającą recenzję, że postanowiłam skusić się i przeczytać. Książki były dostępne od ręki w bibliotece, to od razu przystąpiłam do realizacji planu.


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



                                                            
                                                        
                                                  TYTUŁ: Pypcie na języku
AUTOR: Michał Rusinek
WYDAWNICTWO: Agora SA
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 208
DATA PREMIERY: 17 maja 2017

Zbiór krótkich form o pypciach językowych z życia wziętych. Każdy je zna i czasami też pewnie używa. Przypadło mi do gustu podzielenie pypciów na kategorie, jak np. kulturalne, historyczne i nostalgiczne czy kulinarne. Autor w prosty i zabawny sposób rozprawia się z każdym z nich. Jednak  to, co mnie najbardziej urzekło to to, że pisarz oprócz tego, że zapewnił mi rozrywkę i wprawił w świetny humor, to także skłonił mnie to zastanowienia się nad sposobem porozumiewania się. I jak często powtarzamy błędy językowe bądź robimy je nieświadomie. Nie polecam czytać w miejscach publicznych albo przy jedzeniu. Świetne połączenie wiedzy, inteligencji, humoru i złośliwości w odpowiednich dawkach. Książka z półki: bawi i uczy.



                                       TYTUŁ: Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki 
AUTOR: Michał Rusinek
WYDAWNICTWO: Agora SA
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 200
DATA PREMIERY: 24 kwietnia 2019

Sama czytam poradniki na różne tematy, więc z tym większym zaciekawieniem sięgnęłam po tę książkę. Choć nie traktuję ich do końca poważnie i podchodzę z przymrużeniem oka. I tu autor podzielił tematykę na kategorie: jak być mężczyzną, jak być inteligentnym czy jak zostać pisarzem. I jak się leczyć albo jak przetrwać. Dla mnie, wzrokowca, świetnym pomysłem było odznaczenie kolorem cytatów. Wiele trafnych spostrzeżeń i celnych uwag, którym nie sposób odmówić słuszności. I ta odrobina czepialstwa wcale mi nie przeszkadzała. Okraszona humorem skłoniła mnie do wielu przemyśleń. Tak samo, jak i poprzedniej: nie polecam czytać w miejscach publicznych. Można ściągnąć na siebie co najmniej dziwne spojrzenia.


                                           
                                  TYTUŁ: Zero zahamowań, czyli filolog słucha piosenek.
AUTOR: Michał Rusinek
WYDAWNICTWO: Agora SA
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 192
DATA PREMIERY: 12 listopada 2020

I na koniec mój faworyt, od którego zaczęłam przygodę z twórczością autora. Spotkałam się z określeniem, że czytając tę książkę można uśmiać się jak norka. Nie wiem, co autorka miała dokładnie miała na myśli, ale bardzo mi pasuje to określenie. I tutaj, jak i w poprzednich książkach, autor podzielił tematykę na kategorię. Poczytamy o disco polo, rapie, piosence popularnej, patriotycznej czy serialowej. Najbardziej mnie zaskoczyło to, w jakim kierunku podążają myśli i skojarzenia autora. Czasami były mi bliskie, ale najczęściej były tak zaskakujące, że czytałam powtórnie. I już pierwszy tekst w książce o piosence Zenka Martyniuka o znanym tytule: Przez twe oczy zielone wywołał we mnie salwy śmiechu i niedowierzania, że tak można odczytać tekst piosenki. A że nie jestem fanką tego rodzaju muzyki, to kłaniam się nisko. Nie wszystkie piosenki znałam i przed przeczytaniem chciałam wysłuchać. Nie zawsze dałam radę. Tym bardziej mój szacunek dla autora wzrósł. Nie dość, że dał radę wysłuchać, to jeszcze rozebrał na przysłowiowe części pierwsze.
Mój wniosek po zakończonej lekturze jest jeden: moje życie już nie będzie takie samo, jak przed lekturą tej książki. Autor zaszczepił we mnie swój sposób spojrzenia na teksty piosenek i już więcej nie będę nucić tego, czy innego utworu ani pod nosem, ani ciut głośniej. Obiecuję! Dlaczego? A to już trzeba poszukać odpowiedzi w książce.

Było słowo wstępu, to będzie też słowo podsumowania.
Pan Rusinek dołączył do grona moich ulubionych autorów. Imponuje mi wiedza i trafność spostrzeżeń, doceniam lekkość pióra i prostotę przekazu, uwielbiam za grę słów i erudycję oraz podzielam poczucie humoru. Wszystko podane w idealnych proporcjach.
A gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego napisałam tak niekonkretnie i nie zagłębiałam się w szczegóły, to wyjaśniam: diabeł tkwi w szczegółach, a ja nie chcę nikomu psuć przyjemności spotkania z tym diabłem.

Polecam.