poniedziałek, 30 lipca 2018

Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci. Michał Wójcik. {RECENZJA PRZEDPREMIEROWA}

TYTUŁTreblinka 43. Bunt w fabryce śmierci
AUTOR: Michał Wójcik
WYDAWNICTWO: Znak Literanova
GATUNEK: literatura współczesna/faktu
STRON: 300
Data premiery: 31 lipca 2018 


Egzemplarz recenzyjny dzięki uprzejmości Wydawnictwu Znak Literanova



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Dziś będę chciała zachęcić Cię do zapoznania się z najnowszą książką Michała Wójcika.
To moje drugie spotkanie z tym autorem, i kolejne bardzo udane.

No, bo kto nie słyszał o Treblince? Pewnie każdy. A, o buncie i ucieczce prawie 400 więźniów? Chyba już nie każdy...

Wójcik podjął się niełatwego zadania rekonstrukcji wydarzeń poprzedzających bunt jak i samego powstania. Ja, biorąc tę książkę do ręki i sugerując się tytułem, miałam inne oczekiwania wobec tej lektury, a co innego otrzymałam. Zostałam zaskoczona przez autora i to bardzo pozytywnie.

Książka podzielona jest na cztery części.
W pierwszej zatytułowanej "Firma" Wójcik przedstawia obóz w Treblince. Jego położenie, zasady funkcjonowania i pracujących tam Niemców i Ukraińców. Niektóre opisy przyprawiają o mdłości. Szczególnie kiedy przedstawia proces zabijania i grzebania zwłok. I kiedy czytałam jak naziści zastanawiali się jak usprawnić działanie obozu, jak efektowniej wykorzystać doły do grzebania zwłok, to miałam wrażenie, że oni podchodzą do tego jak do ... prowadzenia firmy.... I to, że nic nie mogło się zmarnować: wszystkie rzeczy, które zostały po zamordowanych musiały być posegregowane i wysłane do Rzeszy.

I tu muszę zaznaczyć bardzo ważną rzecz: Treblinka to NIE był obóz koncentracyjny, jak np. Oświęcim. To był OBÓZ ZAGŁADY. Tu wszyscy zostali przywiezieni żeby zostać zgładzonym.
"To ma być koniec świata" jak czytamy w książce. A wiele osób używa zamiennie nazw tych obozów. A to jest duży błąd. I dlatego to podkreślam.
Obóz został utworzony w ramach akcji "Reinhardt" i funkcjonował od lipca 1942 roku do listopada 1943 roku. W tym czasie życie straciło tam około 800 tys. osób. To drugi, po Auschwitz, obóz pod względem liczby ofiar. Łatwo policzyć: 800 tys. ludzi w 17 miesięcy...

Rozdział drugi skupia się na przygotowaniach do buntu, organizowaniu broni, planowaniu i wyborze zaufanych ludzi. I jeśli się zastanowić, że oni to robili w miejscu, w którym za prawie każde przewinienie groziła śmierć, to wszystko nabiera innego wymiaru. 
Część trzecia to opis samego powstania. Autor starał się przedstawić rekonstrukcję wydarzeń. I świetnie mu się to udało. Nic nie napiszę więcej... to trzeba samemu przeczytać.

Część czwarta nosi tytuł "Polityka". I tu było przykro czytać, o tym co działo się później. Polecam  szczególnej uwadze.

I choć to obóz koncentracyjny w Auschwitz jest symbolem mordu na Żydach, to nie należy zapominać, a wręcz należy o tym głośno mówić, że w ramach akcji "Reinhardt" w obozach w Bełżcu, Sobiborze i Treblince życie straciło prawie 2 miliony ludzi. W Auschwitz około 1,1 mln.

W książce znajduje się wiele zdjęć. Przyprawiają o dreszcz niepokoju i robią piorunujące wrażenie.

I tak jak dzień 1 sierpnia należy do uczestników Powstania Warszawskiego, tak dzień 2 sierpnia powinien należeć to uczestników buntu w Treblince. 
Dzień 2 sierpnia 1943 roku jest, dla mnie przynajmniej, symbolem zwycięstwa wiary i bohaterstwa nad piekłem beznadziei, jakie zgotowali Niemcy.

I, chyba nie przypadkiem, autor wybrał na dzień premiery koniec lipca, na kilka dni przed 75 rocznicą opisywanych przez siebie wydarzeń.

Bo trzeba pamiętać.
Bo wiele ofiar zginęło bezimiennie.

Polecam.

PS. I tutaj, podobnie jak w książce "Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg - najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie.", autor tak opisał wydarzenia, że czytałam niczym pełną napięcia książkę wojenną. I tylko, co jakiś czas, łapałam się na tym, że to, niestety, nie fikcja...

piątek, 27 lipca 2018

Rausz. Tomasz Białkowski

TYTUŁ: Rausz
AUTOR: Tomasz Białkowski
WYDAWNICTWO: Muza S.A
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 432

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Jest jedna z niewielu książek, o których nie wiem co napisać.
Ja ją przeczytałam już w styczniu, a mamy koniec lipca. A ja nadal nie umiem określić co o niej sądzę.

Po tę historie sięgnęłam z kilku powodów.

Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to okładka. Mocno przyciągnęła moje oko. I jest taka jak lubię: tajemnicza i niejednoznaczna.

Od wielu lat czytam o drugiej wojnie światowej i dlatego SS-man na okładce to jest to, co daje mi powód i nadzieje na dobrą lekturę.

Zanim sięgnęłam po tę książkę, to spotkałam się z wieloma bardzo pochlebnymi opiniami osób, z którymi mam podobny gust czytelniczy. I kilkoma zupełnie świetnymi recenzjami.

Zarys fabuły jest zachęcający: młody, pruski arystokrata, członek SS, ma uczestniczyć w akcji T4. Ma oczyścić naród niemiecki z elementów niepożądanych takich jak: chorzy umysłowo, alkoholicy,  upośledzeni psychicznie, chorzy na padaczkę itp. Ale los okazuje się przewrotny...
Nie mogę napisać nic więcej żeby nie psuć Ci czytania.

I po co to piszę?

Wszystko, co napisałam wyżej wskazywało, że będzie to dla mnie książka idealna.
Ale niestety.
Nie zaiskrzyło.
Nie wzbudziło we mnie żadnych emocji.

Główny bohater okazuje się okrutny i pozbawiony skrupułów. Dla mnie jest on jednym z wielu, którzy bezrefleksyjnie wykonywali rozkazy. Nie umiem określić jednoznacznie jakie wzbudzał we mnie emocje.
Tematyka miała mi zostać w głowie... jak czytałam w opiniach. Albo ja już mam za dużo książek przeczytanych o T4, albo autor nie potrafił wyzwolić we mnie żadnej refleksji.
Akcja momentami jakby obumarła, przygnieciona dużą ilością opisów. Opisy nie powodowały u mnie zaciekawienia, ale znużenie.

Temat zaiście ciekawy. I trudny. Zwłaszcza, że jak podają niektóre źródła w latach 1939-1944 zamordowano w ramach tej akcji ponad 200 tys. chorych i upośledzonych ludzi. 

Moim zdaniem autor nie udźwignął tematu. Albo ja nie zrozumiałam jaki był zamysł Białkowskiego.

Choć, jakby się zastanowić... To, osoby, które jeszcze nic nie czytały w tej tematyce mogą być zadowolone z tej książki. I, choć, bohater to postać fikcyjna, to w tej lekturze występuje dużo postaci znanych z historii. Można poszerzyć swą wiedzę i poczytać o kilku faktach historycznych. 

Czy polecam?
Oczywiście!
Sprawdź, Czytelniku, sam czy mam rację.

wtorek, 24 lipca 2018

Teatr Niewidzialnych Dzieci. Marcin Szczygielski

TYTUŁTeatr Niewidzialnych Dzieci
AUTOR: Marcin Szczygielski
WYDAWNICTWO: Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego
GATUNEK: literatura dziecięca 
STRON: 267
Data premiery : październik 2016



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Książki Pana Marcina biorę w ciemno. I nie jest dla mnie ważne czy jest to akurat pozycja dla dzieci czy dla dorosłych. W obu gatunkach odnajduje się on świetnie.
Bez obaw, więc sięgnęłam po tę lekturę. Ale, to, co dostałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Na początek jestem, chyba, wyjaśnienia w pewnej kwestii. Ja, podobnie jak autor urodziłam się w latach siedemdziesiątych XX wieku. Ale nie pamiętam stanu wojennego. Pamiętam za to wieczne kolejki za wszystkim, puste półki, trabanty i polonezy ulicach, a w szkołach fartuszki z tarczą na rękawie. I dlatego z ciekawością, nie do okiełznania, zaczęłam czytać tę książkę.

Narratorem jest Michał, mieszkaniec domu dziecka. Opowiada nam o różnych rzeczach i jednocześnie świetnie portretuje polską rzeczywistość w 1981 roku. A to wszystko oczami dziesięciolatka. Mamy tu i kolejki, bo coś akurat "rzuci", są kartki na żywność, biedę, telewizor Rubin i marzenia o własnym pokoju. Że o rodzinie nie wspomnę...

Druga rzecz na którą zwróciłam uwagę to świetna charakterystyka postaci. Tak samo jak dzieciaki, tak samo dorośli. A już Sylwia, "nowa", w domu dziecka po prostu mnie zauroczyła. A jej powiedzonko: "nie czarujmy się" czasami miało komiczny, a czasami refleksyjny kontekst. Każde z tych dzieci jest pokrzywdzone przez los, każde niesie zbyt duży bagaż doświadczeń, jak na swój wiek. I muszą sobie radzić. Nauczycielki, zwane ciociami, też zasługują na wyróżnienie. To jak rozwiązują problemy, jakie mają podejście do dzieci i z jaką cierpliwością wszystko tłumaczą zasługuje na szczególną uwagę czytelnika.

Mnie zachwyciła, i w sumie nie wiem czy to było zamiarem autora, terapia poprzez sztukę. Dzieciaki zaaferowane przygotowaniem spektaklu zapominają o otaczającej ich rzeczywistości i swoich problemach. A z braku gotowych rekwizytów muszą uruchomić wyobraźnię i same je wykonać. I rewelacyjnie sobie radzą. Że nie wspomnę, że same tę sztukę musiały wymyślić i napisać.

Chyba mój największy zachwyt wzbudziło to, jak Szczygielski wplótł w fabułę lekcje historii. O związkach zawodowych, o "Solidarności", Lechu Wałęsie, ZOMO, podziemiu, bibule i wiele innych. I choć tematyka do lekkich nie należy, to autorowi udało się to wszystko przedstawić w sposób jasny i prosty Nie ma tu epatowania sloganami historycznymi i moralizowania. Wszystko przedstawione rewelacyjnie.

I do tego ta super okładka....
I zakończenie, które mnie totalnie zaskoczyło...

Wcale się nie dziwię, że książka ta otrzymała I Nagrodę w kategorii 10-14 lat w IV Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży, zorganizowanym przez Fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”.

Moim zdaniem to jest lektura nie tylko dla tej kategorii wiekowej.
Szczególnie polecam tym, którzy pamiętają opisywany okres w historii. 

Książka "ląduje" w TOP NAJ 2018 roku.

PS. Do tej pory najlepszą książką dla dzieci tego autora była dla mnie "Arka czasu". A po przeczytaniu  w/w mogę napisać, że mam dwie ulubione lektury Szczygielskiego z półki "literatura dla dzieci".

niedziela, 22 lipca 2018

Imię Pani. Krzysztof Koziołek

TYTUŁ: Imię Pani
AUTOR: Krzysztof Koziołek
WYDAWNICTWO: Manufaktura Tekstów
GATUNEK: kryminał retro 
STRON: 334
Data premiery : 22 listopada 2017


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


Znasz powiedzenie: do trzech razy sztuka? No. To moje trzecie spotkanie z twórczością Pana Koziołka, które utwierdza mnie w przekonaniu, że pozostaje fanką autora. 

A kto czytał "Imię róży" Umberto Eco? To jedna z moich ulubionych lektur. I kiedy zaczęłam czytać "Imię Pani", to tak mi się skojarzyło. U Eco opactwo i trupy i u Koziołka opactwo i trupy. Podobne klimaty... Tylko czasy inne.

A ponieważ jest to trzeci już retro kryminał tego autora, to nie będę się powtarzać. 
Napiszę krótko:
* świetne połączenie kryminału z dużą dawką historii. I tu ważna uwaga: jeśli ktoś nie lubi opisów i mnóstwa dat, to niech nie czyta. Ja dałam się ponieś.
* opactwo w Krzeszowie opisane tak, że już jestem gotowa spakować się i jechać zwiedzać.
*kryminał z dużą ilością trupów. A to lubię.
*śledztwo, które kluczy i zawija w różne zakątki. Dałam się wmanewrować.
*rozwiązanie zagadki kryminalnej wbija w fotel. Ile ja się nagłówkowałam nad zakończeniem ... I tak nie zgadłam.
*bohaterowie dobrze nakreśleni i wzbudzający wiele emocji.
*duszny klimat małomiasteczkowy i wiszący w powietrzu niepokój w opactwie.
*zwracam uwagę na czas akcji: rok 1934. Warto zapamiętać.
*okładka rewelacyjnie oddaje treść książki.
*urzekł mnie styl pisania autora: lekko i ciekawie o historii, dowcipnie i z odpowiednią dawką siarczystego języka gdzie trzeba.
*kłaniam się nisko autorowi za przygotowanie do tematu. Wiele czasu musiał spędzić na zbieraniu materiałów.

Podsumowując: Polecam!

piątek, 20 lipca 2018

Wzgórze Piastów. Krzysztof Koziołek

TYTUŁ: Wzgórze Piastów
AUTOR: Krzysztof Koziołek
WYDAWNICTWO: Akurat 
GATUNEK: kryminał retro 
STRON: 320
Data premiery : 13 czerwca 2018 



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Zachęcona bardzo udanym, pierwszym, spotkaniem z twórczością Pana autora  sięgnęłam po kolejną Jego książkę. I kolejny strzał w dziesiątkę. 

"Furia rodzi się w Sławie" pochłonęłam z wielkim zachwytem. Ale "Wzgórze Piastów" jest trochę inne. Albo ja zwróciłam uwagę na odmienne kwestie. Co nie zmienia faktu, że ta lektura jest naprawdę świetna.

Jest to kryminał retro czyli romans kryminału z historią. 
Czyli jest trup, jest śledztwo, a to wszystko w przededniu drugiej wojny światowej.
Jest Zielona Góra, są szpiedzy, jest asystent kryminalny policji, utajniona produkcja w pewnej niemieckiej fabryce.
I jest co najbardziej lubię! REWELACYJNIE oddany klimat roku 1939 i nastrojów w społeczeństwie.
Bardzo cenię sobie, kiedy autor potrafi tak opisać miejsca, zdarzenia, ludzi i pewne zachowania, że nie można odłożyć książki. Ba! Nawet przedstawienie posiłków powodowało u mnie przyspieszoną pracę ślinianek. Poczułam klimat wiosny 1939 roku, przeniosłam się do Zielnej Góry i razem z pewną hrabiną miałam ochotę wyskoczyć jej adlerem po zakup kapeluszy...

I tak jak w książce "Furia rodzi się w Sławie" zakończenie mnie zaskoczyło, tak tutaj szybko domyśliłam się rozwiązania zagadki kryminalnej. Choć motywy obstawiałam inne. Ale wcale mi to nie zepsuło przyjemności czytania. 

Moją uwagę zwróciły inne kwestie poruszone w książce.
Kobieta, Polka, która zostaje wydana za mąż za niemieckiego arystokratę w nadziei, że majątek rodziny zostanie uratowany. Nie ona jedna, pewnie, w tamtych czasach. Ale stara się być dobrą żoną i pokochać męża. Jakby tego było mało jest jeszcze inny problem. Małżonkowie nie mogą doczekać się potomka. Więcej nie napiszę, ale jako szczęśliwa matka z ciężkim sercem czytałam to, co przeżywała ta kobieta.

Kobieta-szpieg. Hrabina Franziska von Häften zostaje zwerbowana przez polski wywiad i ma szpiegować męża. Z zaciekawieniem czytałam o tym jak zostaje się tajniakiem. Wiele kwestii mnie zaciekawiło, bo o kilku sprawach nie miałam pojęcia. I cały czas, podczas czytania, miałam przed oczami inną arystokratkę-szpiega: Wandę Kronenberg. Możesz o niej poczytać u mnie na blogu : autor Michał Wójcik "Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg - najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie". Polecam.

Czy zastanawiałeś się, Czytelniku, jaką moc rażenia ma plotka/pomówienie/głupi żart? W tej książce to właśnie groźba rozpuszczenia plotki wyzwala lawinę zdarzeń. Charlotte Stempel nie ma żadnych oporów przed rozsiewaniem plotek i wzbudzania obyczajowych skandali. Wielu ludziom zaszła "za skórę" i, jak się okaże w trakcie śledztwa, wielu ludzi życzyło jej śmierci. A to wcale nie ułatwiło pracy policji. 

Duża dawka wiedzy historycznej zawartej w tej lekturze spowodowała u mnie chwilę refleksji. Tak, jak ja lubię czytać o historii swojego miasta, tak, jestem zdania, że zielonogórzanie to powinni w jakiś sposób podziękować autorowi. Wzbudził we mnie taką chęć na zwiedzanie opisywanych okolic, że już zaczęłam szukać informacji w internecie. Czuć w tym kryminale patriotyzm lokalny. A to lubię.

Na koniec jeszcze dwie uwagi.
Okładka super! To ona zwróciła moją uwagę na twórczość Autora.
I mała sugestia dla Pana Krzysztofa: a może by umieścić jakieś mapy czy szkice opisywanych terenów? Może zdjęcia? Dopiero byłaby gratka dla miłośników historii.

Podsumowując: POLECAM!

środa, 18 lipca 2018

Furia rodzi się w Sławie. Krzysztof Koziołek

TYTUŁ: Furia rodzi się w Sławie
AUTOR: Krzysztof Koziołek
WYDAWNICTWO: Manufaktura Tekstów
GATUNEK: kryminał retro
STRON: 296
Data premiery : 5 sierpień 2015

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Zastanawiam się jak to się stało, że polski autor wydał kilkanaście książek, a ja NIGDY  o nim nie słyszałam...
Jak to możliwe, że tak dobra książka nie zyskała szerokiego kręgu odbiorców, a autor nie króluje na półkach w księgarni?

Ten kryminał trafił w moje ręce przypadkiem. Przeglądając nowości w Legimi zwróciłam uwagę na najnowszą książkę autora pt. "Wzgórze Piastów", która przyciąga oko tajemniczą okładką. I jak zaczęłam analizować dorobek autora, to trafiłam na tę książkę. Wiadomo: wojna, naziści, tajemnice, kryminał. Ulubiona mieszanka. I kiedy zaczęłam czytać, to już nie mogłam przestać. Ostrzegam, żeby nie było...

Rok 1944.
Małe miasteczko Sława.
W uzdrowisku nad Śląskim Morzem kurują się niemieccy żołnierze.
Nuda, nie?

A jak dołożę do tego kilka innych faktów? :
W tajemniczych okolicznościach w Sławie giną nastoletnie dziewczyny.
Śledztwo prowadzi asystent kryminalny Anton Habicht, członek NSDAP.
W pobliskim pałacu zebrani naukowcy pracują nad...  no właśnie do końca nie wiadomo....
Ulicami miasteczka defiluje "kwiat niemieckiej młodzieży" czyli chłopcy z Hitlerjugend.
W okolicach "wypoczywają" agenci wywiadu i kontrwywiadu, którzy jednak, jak się okazuje, ciężko pracują.

Co z tej mieszanki wyszło?
Pyszny koktajl, który wypiłam jednym duszkiem!
A jakie były składniki tego napoju?

Kryminał: lubię kiedy trup występuję w liczbie mnogiej. I są opisy zmasakrowanych zwłok.
Retro kryminał znaczy to, że nastąpiło małżeństwo kryminału z historią. Tu wystąpiła bardzo zgrana para.
Opisy okolic ciekawe i interesujące. Czytałam z mapą na kolanach. Brawa za, w moim odczuciu, świetną reklamę tamtejszych terenów.
Kryminał, którego zagadki nie rozwiązałam. Brawo.
Zakończenie... zaskakujące. Innego się spodziewałam. Plus.
Kreacja bohaterów udana do tego stopnia, że emocje, które te postacie wywoływały były naprawdę skrajne. Od wściekłości, bo współczucie.
Spora dawka historii, ale podana w sposób, który bardzo lubię. I choć może wydawać się, że autor nam zgotował niezły bigos, to tak nie jest. Poczytałam o Hitlerjugend, o robotnikach przymusowych, o Lebensborn, polskim wywiadzie, tajnych badaniach, stosunkach polsko-niemieckich w małej miejscowości z dala od frontu, poszukiwaniu sposobów przez Niemców na wygranie wojny w tajemnicy przed resztą świata, działaniu nazistowskiej propagandy, metodach pracy policji w latach 40 XX wieku. I do tego należy dodać, że Koziołek zadbał o szczegóły, a jak wiadomo "diabeł tkwi w szczegółach". Zrobiły ciekawy klimat.
I na koniec dodam tylko, że autor tak zbudował napięcie i tak wzbudził moja ciekawość, że nie mogłam odłożyć książki nawet na chwilę. Czytałam, a moja wyobraźnia szalała. 
I nawet, jeśli połączył fikcję z faktami, to zrobił to tak, że wyszedł żywy i wciągający kryminał z super tłem historycznym.
I nie mogę pominąć jeszcze jednego: rewelacyjny język i poczucie humoru. Zdarzało mi się parsknąć śmiechem, a czasami zadumać. A to cenię bardzo.


Gdybym musiała się do czegoś przyczepić, to byłaby to okładka. Nie w moim guście.

Polecam.

PS. I teraz, od razu, biorę się za "Wzgórze Piastów". Ta okładka mnie intryguje.

piątek, 13 lipca 2018

Smak suszy. Tomasz Sekielski. Audiobook

TYTUŁ: Smak suszy
AUTOR: Tomasz Sekielski
WYDAWNICTWO:  Od deski do deski, OSORNO Krzysztof Czeczot
GATUNEK: thriller
Czas słuchania: 7 godzin, 2 minuty
Czyta: Tomasz Sekielski



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Kolejne spotkanie z twórczością Pana Tomasza uważam za udane. 
I następne w formie audiobooka okazało się trafione.

"Smak suszy" to druga część trylogii pt. Susza. Seria ta zaczyna się od "Zapachu suszy". 
I choć thriller polityczny to zupełnie nie mój ulubiony rodzaj powieści, to po słowa, które wychodzą spod pióra Sekielskiego chętnie sięgam. A jak czyta sam autor, to już jestem w pełni zadowolona. 
Ale do rzeczy...

Ponieważ "Smak suszy" to część trylogii, to polecam czytać po kolei. To jest ważne.

Mnie podoba się sposób prowadzenia fabuły. To, co u innych byłoby finałem, to u Sekielskiego jest początkiem. Mamy zamach terrorystyczny i paraliż władz państwa. A potem stopniowo dowiadujemy się jak do tego doszło. Wszystko przedstawione zrozumiale i ciekawie. I nawet przeskoki w czasie, których za bardzo nie lubię, to tutaj układają się w logiczna całość.

Trudno mi napisać coś o samej treści. Musiałabym zdradzić istotne wątki fabuły, a tego nie lubię. Ale skoro piszę o thrillerze politycznym, to w tym znajdziemy: polityków bez skrupułów, księży bez zahamowań, nielegalne eksperymenty medyczne, handel ludźmi, przestępczą transplantologię, biznesmenów bez zasad, płatnych zabójców, "eksperymentalne" posiłki i dociekliwą panią prokurator. Jako rekomendacje podam tylko informację, że słuchając audiobooka jechałam zgodnie z przepisami, czyli wolniej niż zazwyczaj 😉

Sposób pisania Sekielskiego bardzo przypadł mi do gustu. Cięty język, rewelacyjny zmysł obserwacji, poczucie humoru i plastyczne opisy powodują, że ciężko było mi oderwać się od słuchania. I choć, wiele razy o tym pisałam, nie lubię bluźnienia w literaturze, to tutaj wszystko mi pasowało i nic nie raziło. I, muszę to przyznać bez bicia, podczas słuchania samej mi zdarzyło się rzucić "ku$#ą". Bo to, o czym słuchałam  gwałci moją wrażliwość i burzy spokój. Teraz cieszę się, że sama jeździłam do pracy w towarzystwie tylko głosu Pana Tomasza, bo i sama bluźniłam, i podczas niektórych fragmentów wykrzywiałam buzię z obrzydzenia. Tak więc, odradzam przyjmowania jedzenia podczas tej lektury. Może zemdlić...

Moją uwagę zwróciło tło muzyczne, które snuje się jakby od niechcenia. Ale wraz z treścią książki robi niesamowite wrażenie i świetnie buduje nastrój. Duży plus!

Zakończenie zaskakujące. A to lubię. I jednocześnie powoduje, że już teraz wyczekuję kolejnej części.

A teraz zacytuję sama siebie: 

"Mam tylko taką cichą nadzieję, że Sekielski nie pisał tej pozycji na podstawie własnych doświadczeń dziennikarskich. Bo obraz Polski, który wyłania się z kart tej lektury przyprawił mnie o "gęsią skórkę"..."

Tak pisałam o Smaku suszy. Ale i o tej mogę napisać to samo...

I jeszcze jednej kwestii nie mogę pominąć. Lektor! Sekielski rewelacyjnie przeczytał swoja książkę. Jestem zachwycona i mogłabym słuchać bez końca. 

Smak suszy poprzez swoją tematykę spowodował, że jeszcze kilka dni po wysłuchaniu wciąż o niej myślę. Prześladują mnie pytania: "a co gdyby?, a jeśli tak naprawdę?, czy to aby tylko fikcja?" 
Dla mnie to jest kolejny plus. Kiedy książka "siedzi" w głowie jeszcze przez kilka dni po jej zakończeniu.

Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić... To trochę drażniły mnie powtórzenia. Wystarczyło napisać raz, jak, np. nazywała się  wcześniej Karolina W. , a nie kilka razy przypominać. Ale to już moje małe zboczenie, te powtórzenia. 

Podsumowując: POLECAM!

wtorek, 3 lipca 2018

Dziewczyny z Wołynia. Prawdziwe historie. Anna Herbich {RECENZJA PRZEDPREMIEROWA}

TYTUŁ: Dziewczyny z Wołynia. Prawdziwe historie. 
AUTOR: Anna Herbich
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Znak Horyzont
GATUNEK: wspomnienia
STRON: 277
Data premiery : 4 lipca 2018 


Egzemplarz recenzyjny dzięki uprzejmości Wydawnictwu Znak Horyzont





Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek









Właśnie skończyłam czytać. I zastanawiam się co Ci napisać...
Siedzę zapatrzona w ścianę, ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem.

...


"Dziewczyny z Wołynia" należą do cyklu "Prawdziwe historie" wydawanego przez wydawnictwo Znak Horyzont. Oprócz tej, najnowszej, do serii należą także poprzednie książki autorki: "Dziewczyny z Solidarności", "Dziewczyny z Powstania", "Dziewczyny z Syberii". Wszystkie trzy mam w planach.

Sięgając po tę książkę, wiedziałam czego mogę się spodziewać. Znam historię, czytałam kilka lektur w tej tematyce. Od ponad 20 lat czytam książki związane z drugą wojną światową, a szczególnie interesuje mnie Holocaust. Po co o tym piszę? A po to, żeby powiedzieć, że nie tak łatwo mnie zaskoczyć, nie tak łatwo zadziwić. Wiele, szczególnie, wspomnień świadków tamtych wydarzeń czytałam "na raty", z przerwami, dyskretnie ocierając oczy.

I, właśnie, taka jest ta książka. Nie da się jej przeczytać na raz, nie obędzie się bez chusteczek, nie pozostawi czytelnika obojętnym. 
Autorka namówiła 9 kobiet do opowiedzenia historii swojego życia. Życia naznaczonego tragedią, którą trudno jest opisać słowami. A jeszcze trudniej spokojnie przeczytać. 
9 kobiet, które jako dzieci przeżyły rzeź na Wołyniu. Ludobójstwo widziane oczyma dziecka rozdziera serce i  jest do nieopisania. Kilkuletnie dzieciaki, które patrzą na śmierć swoich bliskich, widzą bezwzględność oprawców, okrucieństwo Ukraińców, palone całe wsie. Niewiele rozumieją, a już ich dotychczasowy świat się kończy.

Wołynianki nie opisują tylko samych tragicznych wydarzeń. Malują słowami obraz Kresów jako krainy, w której żyją i pracują obok siebie Polacy, Ukraińcy, Niemcy i Rosjanie. Obok kościoła katolickiego w wielu miejscowościach stoją  także synagogi i cerkwie. Sąsiad pomaga sąsiadowi nie pytając o narodowość czy wyznanie. Mieszkańcy ci tworzą wielobarwny kobierzec kulturowy. 
Aż do momentu kiedy wybucha wojna. Nastają ciężkie czasy, zmienia się okupant, brakuje dosłownie wszystkiego. 
I nadchodzi rok 1943... Oszczędzę Ci opisów. To trzeba samemu przeczytać.
Koniec wojny nie oznacza końca tragedii. Dziewczynki, którym udało się ujść z życiem z pogromu wołyńskiego są sierotami, bez rodziny, domu, przyjaciół, ojczyzny. Cały świat, który znały już nie istnieje.
Jak odnaleźć się w takiej sytuacji? Jak żyć? Każda z nich ułożyła sobie życie. Ma rodzinę, dzieci, wnuki. 

Teraz, stojąc już u schyłku życia, opowiedziały swoje historie. Ja dziękuję Autorce, że udało jej się namówić te niezwykłe kobiety do zwierzeń. Z pewnością bardzo bolesnych i wzruszających. I jednocześnie trochę zazdroszczę Pani Herbich, że poznała je osobiście, że mogła wysłuchać tych przerażających historii w cztery oczy.

Cieszę się, że  mogłam przeczytać tę książkę. Choć łatwo nie było. 
Coraz mniej żyje już świadków tamtych okrutnych czasów wojny.
Trzeba, aby takie książki powstawały. Żeby pamiętać o tych, który zginęli w tak bestialski sposób.
Ostatnie zdanie w książce brzmi:

"Historycy oceniają, że ukraińscy nacjonaliści podczas drugiej wojny światowej zgładzili około stu tysięcy Polaków". 
STO TYSIĘCY!!!
Nie możemy o nich zapomnieć.

Polecam szczerze.
Tylko nie zapomnij o chusteczkach.

PS. Zdjęcia robią niesamowite wrażenie.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Pielgrzymka inaczej. Pełna ironii i humoru opowieść o współczesnym pielgrzymowaniu do Ziemi Świętej. Barbara Szmigiero

TYTUŁ: Pielgrzymka inaczej. Pełna ironii i humoru opowieść 
o współczesnym pielgrzymowaniu do Ziemi Świętej
AUTOR: Barbara Szmigiero
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: literatura podróżnicza
STRON: 394
Data premiery: 29 maja 2018


Egzemplarz recenzyjny dzięki uprzejmości  Wydawnictwa Novae Res.


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek





Ostanie miejsce, które odwiedzę do będzie Ziemia Święta.

Jerozolima to miejsce historyczne i cel pielgrzymek z całego świata. I na taką wyprawę wybiera się nasza bohaterka. Jest to zorganizowany wyjazd grupowy i do tego pielgrzymka katolicka z całym wachlarzem osobowościowym uczestników. 

Nasza wyprawa trwa 12 dni. Autorka opisuje dzień za dniem. Co zwiedzali, gdzie jechali, jakie mieli przygody. Opisy są interesujące i wciągające. Mnie się podobały portrety  zwiedzanych miejsc, bo oprócz samych opisów autorka dodawała sporo historii. 
Zwiedzamy Stare Miasto w Jerozolimie, Dzielnicę Żydowską, Ścianę Płaczu, bazylikę Grobu Świętego i wiele innych.

I w tym miejscu znalazłam jeden minus: zabrakło mi zdjęć. Choć Pani Barbara bardzo plastycznie przedstawia zwiedzane miejsca, to jednak fotografie tworzą klimat w książce. 

Ale z drugiej strony autorka mnie naprawdę chwyciła za serce swoją szczerością. Nie podchodziła bezkrytycznie do słów przewodnika ani do zastanej rzeczywistości. Jej uwagi i komentarze czasami mnie rozśmieszały, ale częściej, jednak, wzbudzały refleksję. Budziły zastanowienie  i czasami gorzką nostalgię. Zachowanie tubylców i turystów. Różnice kulturowe pomiędzy narodami. Biznes turystyczny. Dysonanse pomiędzy wyznawcami wielu religii. I wiele innych tematów. Miałam się nad czym zastanawiać. Tak to jest kiedy pragmatyczka wyjedzie na katolicką pielgrzymkę...

Podsumowując: były ciekawe i wciągające opisy, były ironiczne komentarze i refleksyjne momenty, chciałam pakować się i jechać na taką pielgrzymkę. Jeden minus, jak dla mnie, to brak zdjęć. Ale to tylko moje bardzo subiektywne zdanie.

Polecam.

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


niedziela, 1 lipca 2018

Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś. Alicja Kubiak, Jan Kurzela

TYTUŁIndonezja. Ludożercy wczoraj i dziś.
AUTOR: Alicja Kubiak, Jan Kurzela
WYDAWNICTWO: Novae Res
GATUNEK: literatura podróżnicza
STRON: 342
DATA PREMIERY:  11 maja 2018

Egzemplarz recenzyjny dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie ksiązek


Znacie piosenkę: "Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę"?
No! To moja kotka, Luśka, już jest gotowa do drogi. 
A ja śpiewam: Jedziemy na wycieczkę, bierzemy kotka w teczkę. 

I to słowo "ludożercy" zadziałało mi na wyobraźnię. To jeden z powodów dla którego sięgnęłam po książkę.
A, i o Indonezji wiem niewiele...

Autorzy, Alicja Kubiak i Jan Kurzela, podróżują wspólnie od 16 lat. Wydali już kilka książek opisujących swoje wojaże. Tym razem wybrali Indonezję. Co ich tam spotkało i jakie mieli przygody, to możemy przeczytać w tej lekturze. 

Od literatury podróżniczej mam określone wymagania. Ma ciekawie przedstawić miejsca czy dany obszar. Zdjęcia mają oddawać klimat opisywanych terenów. A po zakończeniu czytania będę chciała się od razu pakować i jechać w rejony, o których czytałam. 
I ta książka spełniła wszystkie moje warunki.
Odwiedzamy park narodowy na Sumatrze, poznajemy tajemnice życia orangutanów, zwiedzamy Papuę Zachodnią, Dolinę Baliem, poznajemy ostatnich członków plemienia Korowajów i Asmatów, lecimy na Borneo, Miri, Brunei, Bali. Oglądamy smoki z Komodo.
A to wszystko przeplatane przepięknymi zdjęciami. A na okładce mapa, która jest pomocna do podróży palcem po mapie.

Wszystko ciekawie opowiedziane. Cudne zdjęcia. I znów ta ochota by spakować walizkę....

Czyli polecam.

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie ksiażek
Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek

Silva rerum. Silva rerum II. Kristina Sabaliauskaitė

TYTUŁ:  Silva rerum. Silva rerum II AUTOR:  Kristina Sabaliauskaitė WYDAWNICTWO:  Znak, Wydawnictwo Literackie GATUNEK: literatura p...