Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller psychologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller psychologiczny. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2020

Asystentka. S.K. Tremayne


TYTUŁ: Asystentka
AUTOR: S.K. Tremayne
WYDAWNICTWO: Czarna Owca 
GATUNEK: thriller psychologiczny
STRON: 432
DATA PREMIERY: 25 listopada 2020



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Asystentka to najnowsza książka tego autora wydana w Polsce. Ponieważ jego wszystkie wcześniejsze bardzo mi się podobały, to i po tę sięgnęłam bez zastanowienia.

Główna bohaterka, Jo, właśnie rozwiodła się z mężem. Przyjaciółka zaprosiła ją pod swój dach do czasu aż znajdzie sobie jakieś mieszkanko. Tabithy to kobieta zamożna i lubiąca wygodne życie. I to zamiłowanie do komfortu odzwierciedla jej dom. Jest naszprycowany elektroniką, która ma pomagać w codziennym życiu. Elektra, bo tak nazywa się ta wirtualna asystentka może podać prognozę pogody, wyszukać potrzebne informacje w Internecie, włączyć muzykę czy regulować natężenie oświetlenia. Fajna sprawa, nie? Jo mieszka w inteligentnym domu swojej przyjaciółki w Londynie, zwiedza miasto, a kiedy się nudzi, to rozmawia z Elektrą. Aż do momentu, kiedy Elektra wypowiada zdanie: „Wiem, co zrobiłaś". I od tej chwili już nie jest spokojnie.

Akcja przyspiesza, a myśli szaleją. Wokół Jo dzieją się dziwne rzeczy, a ona sama nie wie już co jest prawdą, a co jej urojeniem. Jo zostaje osaczona w Internecie. Ktoś wysyła emaile, hejtuje znajomych, likwiduje konta w mediach społecznościowych i robi wiele innych rzeczy, które powodują, że Jo zostaje zastraszona i odizolowana. Czy to robi Elektra, która się zbuntowała czy ktoś inny? I dlaczego?

Autor bardzo sprawnie budował napięcie. Wspomnienia Jo, które przeplatają się z teraźniejszością dawały wiele możliwości do spekulacji. Czytałam z coraz większym zaciekawieniem i przerażaniem. A jeśli to domowa asystentka przejęła kontrolę nad życiem Jo? Czy do tego zmierza świat? Czy ludzi zastąpi sztuczna inteligencja? Czy dla własnej wygody jesteśmy gotowi oddać władzę nad własnym życiem?

Podsumuję tak: dobry thriller, który szybko i z zaciekawieniem się czyta, napięcie odpowiednie dozowane, zakończenie, którego raczej się nikt nie spodziewa. Uważam jednak, że najważniejszy jest tu wątek edukacyjny. Przejęcie kontroli przez sztuczną inteligencję i zmiany, jakie mogą zaistnieć w rzeczywistym i wirtualnym świecie to temat, który wart jest zastanowienia.

Jeśli ktoś przeczytał już Lokatorkę autorstwa J.P. Delaney, to i w tę książkę wsiąknie na kilka godzin. Bardzo podobne książki.
A jeśli kogoś interesują zagrożenia ze strony wirtualnego świata, to polecam trylogię Ukryta sieć Jakuba Szamałka.
Moje opinie na temat tych książek można znaleźć na blogu wpisując w lupkę nazwisko J.P. Delaney lub Szamałek.

poniedziałek, 30 listopada 2020

Zanim umarłam. S.K. Tremayne

TYTUŁ: Zanim umarłam
AUTOR: S.K. Tremayne
WYDAWNICTWO: Czarna Owca 
GATUNEK: thriller psychologiczny
STRON: 448
DATA PREMIERY: 19 czerwca 2019 




Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Po Bliźniętach z lodu i Dziecku ognia, które bardzo przydały mi do gustu sięgnęłam po kolejną książkę tego autora.

Zanim umarłam to thriller psychologiczny, który ma wszystko to, co lubię w tym gatunku.
Jest bohaterka, która cudem uchodzi z życiem z wypadku samochodowego. 
Są jej rozważanie i przemyślenia, które nie bardzo zgadzają się z rzeczywistością. 
Są też wspomnienia, które nie wiadomo czy są jej wspomnieniami czy urojeniami.
Są nastrojowe opisy przyrody, które tworzą niesamowity klimat.
Pogoda jest bohaterką drugoplanową, ale jakże istotną.

I przewracając kartki cały czas trybiki w mózgu kręcą się na najwyższych obrotach: Czy to był wypadek? Kto kłamie, a kto mówi prawdę? Co widzi dziewczynka z autyzmem? Czy tajemnice z przeszłości wypłyną? I czy mają znaczenie? Co pamięta Kath, a co jej się wydaje? I tak w koło pytanie za pytaniem...

Autor podsuwa wiele różnych rozwiązań, pomysłów i przedstawia kilka sytuacji, które zmieniają podejście czytelnika do całej akcji.
Tremayne świetnie przykuł moją uwagę, rozbudził zaciekawienie i zbudował napięcie.
Książka należy do gatunku tych samo czytających się i tylko zakończenie może rozczarować. Choć nie musi, bo to zależy od czytelnika. Ja obstawiałam wiele innych.
Wątek dziecka z zaburzeniami ze spektrum autyzmu jest ciekawie przedstawiony i skłania do myślenia. Spór rodziców czy poddać dziecko badaniom czy nie pozwala spojrzeć na problem z dwóch różnych punktów.
Tylko wątek wierzeń ludowych i czarownic trochę mnie rozczarował. Ale to pewnie dlatego, że ja z założenia nie lubię takiej tematyki.

Podsumowując: dobry thriller z intrygującą fabułą, niejednoznacznymi bohaterami, plastycznymi opisami przyrody i zaskakującym zakończeniem.

Polecam.

piątek, 27 grudnia 2019

W żywe oczy. JP Delaney


  TYTUŁ: W żywe oczy
AUTOR: JP Delaney
WYDAWNICTWO: Otwarte
GATUNEK: thriller psychologiczny
STRON: 424
DATA PREMIERY: 5 września 2018 roku


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Jak to mówią? Do trzech razy sztuka? To już moja trzecia książka tego autora. Za mną Lokatorka i Perfekcyjna żona. I tą autor dołącza do moich ulubionych pisarzy.

Napiszę krótko:
Fabuła poprowadzona tak, że nie wiadomo czego się spodziewać za kilka kartek.
Bohaterka na początku książki momentami mnie irytowała, ale później okazało się, że to wszystko ma znaczenie.
Autor tak przedstawia fakty, że momentami nie wiedziałam co jest prawdą, a co kłamstwem.
Ciekawie pokazany świat aktorski i teatr od „zaplecza".
Ja zwróciłam uwagę na świetne wplecione wiersze z tomu Kwiaty zła Charles’a Baudelaire’a wydanego po raz pierwszy w 1857 roku. Sama kiedyś zaczytywałam się w tych wierszach. Autor wykonał świetną robotę. Aż mam chęć powrócić to tego poety.
Podobała mi się też atmosfera niepewności i zaciekawienia jaką stworzył JP Delaney.
Do gustu przypadła mi też kreacja bohaterów. Wielowątkowe i interesujące.
Zakończenie zaskakujące.

Podsumowując: polecam.

A czy kłamałam Ci w żywe oczy czy napisałam prawdę, to już musisz sprawdzić sam. 😉

wtorek, 17 grudnia 2019

Perfekcyjna żona. JP Delaney


  TYTUŁ: Perfekcyjna żona
AUTOR: JP Delaney
WYDAWNICTWO: Otwarte
GATUNEK: thriller psychologiczny
STRON: 400
DATA PREMIERY: 18 września 2019


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


To moje drugie spotkanie z autorem i tak samo udane jak poprzednie. Lokatorka wessała mnie swoją tematyką i spowodowała kołowrotek myśli. I w tym przypadku nie było inaczej.

Fabuła może wydawać się banalna, ale tak nie jest. Abby budzi się w szpitalu po długoletniej śpiączce. Jest skołowana i nic nie pamięta. Ale jest przy niej mąż, technologiczny wizjoner i właściciel firmy innowacyjnej w zakresie robotyki. Wraca do domu i zastaje w nim synka. Dziecko wyjątkowe, bo autystyczne. Abby próbuje wrócić do normalnego życia. Wraz z upływającymi dniami coś jej nie pasuje i nie daje spokoju. Zaczyna drążyć swoje wspomnienia i bacznie obserwować rzeczywistość.
Co z tego wyniknie? 

Autor poruszył w swej książce wiele ciekawych tematów. 
Miłość męża do żony tak wielka, że postanawia przywrócić ją do życia za pomocą techniki. Stworzyć cobota, który będzie wyglądać i myślał jak żona. Ale czy jest jeszcze miłość czy może obsesja? A może sposób na idealnego małżonka?
Tom jest wyjątkowym facetem. Jest twórcą i projektantem zajmującym się robotami, ale też marzycielem wybiegającym w przyszłość. Przynajmniej na początku tak to wygląda. I do tego kochającym mężem i oddanym ojcem. Ale im dalej kartek za nami, to tym więcej mrocznych sekretów odkrywa Abby. Tom okazuje się człowiekiem o dwóch osobowościach. Ale czy koniecznie chcemy poznać tę mroczniejszą twarz? 
Ważnym wątkiem, w moim odczuciu, jest watek autystycznego syna Abby i Toma. Autor dużo poświęca uwagi na pokazanie zachowania dziecka, jego otoczenia, a także metod terapii. Jest to ważna część tej powieści, bo padają tam porównania dzieci z tym schorzeniem do robotów. Ale nie należy się na pisarza obrażać. Bo autor wie co pisze, bo ma dużą wiedzę na ten temat. Jak się przyznaje na końcu książki, sam ma syna z autyzmem.
I  do tego temat sztucznej inteligencji. Już teraźniejszość czy jeszcze przyszłość? Co nas, ludzi, czeka?

Jeśli do tego wszystkiego dołożymy sposób poprowadzenia fabuły, dwutorową narrację i ciągłą niepewność, to wszystko złoży się na nieodkładalny thriller. I na tę dwutorowość narracji polecam zwrócić uwagę, bo ja z premedytacją o niej tu nie piszę.
Delaney w perfekcyjny sposób trzyma czytelnika w niepewności, rozbudza zaciekawienie i nieustannie skłania do zastanowienia na wieloma tematami. W niewielkich porcjach dawkuje zdobywane informacje przez Abby, ukazuje fragmenty niby nic nieznaczącej przeszłości i kawałeczki coraz bardziej przerażającej teraźniejszości. A na koniec i tak dostajemy takie zaskakujące zakończenie, którego raczej nikt się nie spodziewa. 

Podsumowując: niesamowicie wciągający thriller, poruszający wiele ważnych tematów i skłaniający do myślenia nad rolą techniki w życiu człowieka z zaskakującym zakończaniem. 

Polecam.

sobota, 13 kwietnia 2019

Białe róże dla Matyldy. Magdalena Zimniak

TYTUŁ: Białe róże dla Matyldy
AUTOR: Magdalena Zimniak
WYDAWNICTWO: Prozami
GATUNEK: thriller psychologiczny
STRON: 300
DATA PREMIERY: 23 października 2014


Zdjecie autorskie Iza w labiryncie książek




Dziś o książce niezwykłej.
Niezwykłej z wielu powodów.
Bo ani okładka, ani tytuł, ani nieznane mi nazwisko polskiej pisarki nie zapowiadało, że wpadnę w taką emocjonalną wirówkę. Sięgnęłam po tę powieść dzięki zachwytom osób,  do których mam duże zaufanie czytelnicze. Cały czas się zastanawiam: jak to możliwe, że wcześniej nie natrafiłam na książki tej autorki? 

To jedna z tych książek, o których cokolwiek się napisze, to będzie spojler. 

Beata traci w wypadku rodziców, a ciocia trafia do szpitala. Podczas badania okoliczności wypadku śledczy nabierają podejrzeń, że to prawdopodobnie nie był wypadek. Beata sprzątając w domu ciotki Matyldy odkrywa tajemnicze pamiętniki. Zaczyna czytać i odkrywa tajemnice z przeszłości, które wywracają jej świat do góry nogami. A co znalazła?
No właśnie...

Zimniak tak poprowadziła fabułę, że trudno odłożyć książkę. Im bardziej zagłębiamy się w tę historię, tym więcej odkrywamy tajemnic. I coraz częściej przysłowiowe włosy stają dęba. Element zaskoczenia i fakty odkrywane przez Beatę zapierają dech w piersiach.

Bohaterowie są intrygujący i niejednoznaczni. Choć Beata budzi we mnie współczucie, to czasami była irytująca. A z Matyldą dokładnie odwrotnie: wkurzała mnie, ale i momentami było mi jej żal.

Zgłębianiu tej historii towarzyszy napięcie i ciekawość. Ale też złość, gniew, współczucie i niedowierzanie. Wielokrotnie łzy stawały mi w oczach i musiałam robić przerwy w czytaniu dla złapania oddechu.

Dużym walorem tego thrillera jest element edukacyjny. Mam na myśli pewną przypadłość, o której wcześniej nie miałam pojęcia. Bardzo przerażająca i ciekawa jednocześnie.

W moich oczach bardzo trudno pisać o emocjach i uczuciach i nie popaść w kicz. Trudno opisać przeżycia bohaterów tak, aby czytelnik wczuł się w sytuację. Zagłębił się w nią i nie chciał z niej wyjść. Żeby, jak to się powszechnie mówi, wyskoczył z kapci i zbierał szczękę z podłogi. Może i kolokwialnie, ale w punkt są te określenia. Zimniak się to udało perfekcyjnie. W czasie czytania miałam oczy szeroko otwarte ze zdziwienia, a po skończeniu czytania wciąż myślałam o tej historii. I nadal myślę.

Zakończenie nie było dla mnie zaskoczeniem, co wcale nie zepsuło mi odbioru tej historii. Obstawiałam kilka, ale nie takiego oczekiwałam.

Podsumowując: pierwsze spotkanie z autorką uważam za bardzo udane i skłaniające mnie do dalszych poszukiwań innych jej książek; lektura ta porusza niewyobrażalną, przynajmniej dla mnie, dysfunkcje, a autorka przedstawia ją tak, że powieść ta zabiera czytelnika na emocjonalną karuzelę.

Polecam.

niedziela, 21 października 2018

Randka. Louise Jensen

TYTUŁ: Randka
AUTOR: Louise Jensen
WYDAWNICTWO: Burda Publishing Polska
GATUNEK: thriller
STRON: 368
Data premiery: 17 października 2018



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



To moje trzecie spotkanie z autorką i kolejne udane.
Za mną już "Prezent" i "Surogatka". "Siostra" czeka już na czytniku.
I wraz z tą książką Jensen dołącza do moich ulubionych autorów.
Choć z jej książkami mam problem: trudno napisać cokolwiek o fabule, by nie zdradzić istotnych faktów. I nie zepsuć frajdy potencjalnemu czytelnikowi.

Z tego powodu napiszę dziś w żołnierskim skrócie.

Napięcie zbudowane idealnie. I ciekawość rozbudzona do czerwoności.

Tajemnice rodzinne, które kładą się cieniem na przyszłość. Odkrywane przez autorką po maleńkim kawałku powodują gonitwę myśli.

Autorka zwróciła moją uwagę na dwie choroby:  prozopagnozję - niezdolność do rozpoznawania rysów twarzy.  I stwardnienie zanikowe boczne - chorobę nieuleczalną. Informacje zostały podane w takiej ilości i w taki sposób, że moja wyobraźnia szalała. 

Zaskakujące zwroty akcji, które powodowały u mnie przyspieszone bicie serca.

Niepokojący i tajemniczy klimat, który tylko napędzał myśli.

Książka mnie zostawiła z mnóstwem pytań.  I żadnych odpowiedzi. I wciąż o niej myślę. A to bardzo lubię.

Zakończenie, którego się nie spodziewałam. Choć podejrzanych osób miałam kilka.

I to wszystko, co wyżej napisałam, zmierza do jednego : POLECAM!


środa, 21 lutego 2018

Na skraju załamania. B.A. Paris

TYTUŁ: Na skraju załamania
AUTOR: B.A. Paris
WYDAWNICTWO: Albatros
GATUNEK: thriller psychologiczny
STRON: 352




Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


Dziś piszę to Ciebie ja, taki czytelniczy łosoś, który teraz będzie płynął pod prąd wartkiego potoku zachwytów. Tak, tak. Dziś nie będzie ekstazy czytelniczej. 
 Dziś podam swoja opinię w sosie kwaśno-gorzkim.

Kiedy przeczytałam poprzednią książkę, "Za zamkniętymi drzwiami", to byłam rozczarowana. Po TAKIEJ kampanii reklamowej myślałam, że będzie trzeba mnie zbierać z podłogi kiedy skończę czytać. A tu NIC. Dobre to tylko było i tyle. I kiedy zobaczyłam zapowiedzi kolejnej książki tej autorki, to pomyślałam, że dam jej drugą i ostatnią szansę. I tą OSTATNIĄ szansę autorka już wykorzystała. Więcej nie będzie. Choć reklama równie zachęcająca jak przy debiucie.

Uwielbiam thrillery. Mogę je czytać bez przerwy. I jeśli pojawia się zagadka, to rzadko udaje mi się ją rozwiązać. Lubię w nich to napięcie, niepewność i zaciekawienie. 

Niestety. Dla mnie ta książka nudna była jak akademia szkolna. Zero napięcia, mało niepewności  i ociupinka zaciekawienia. 
Nasza bohaterka nie udziela pomocy koleżance, która siedzi w samochodzie stojącym na poboczu leśnej drogi. Trwa ulewa. Rano dowiaduje się, że kobieta nie żyje. Od tego dnia ma wyrzuty sumienia, że nie udzieliła znajomej pomocy. Potem zdarza się jej zapomnieć o różnych rzeczach. Zapomina coraz częściej. Zaczyna wpadać w panikę, gdyż jej mama zapadła na demencję w wieku 44 lat. Obawia się tej choroby u siebie.
I tak przez większość książki: słyszy jakieś głosy, widzi jakiegoś faceta krążącego wokół domu, przedmioty zmieniają miejsce, odbiera głuche telefony, zapomina, że zrobiła jakieś zakupy. I tak w kółko. Zero jakiegokolwiek napięcia. Ile można o tym samym? Jakbym chciała coś na sen, to był sobie tv włączyła... Ziewałam.
Aż nadchodzi moment, że akcja rusza z kopyta. Ale co ja piszę! Co najwyżej rusza z pierwszego biegu. Zanim Cass, nasza obarczająca się poczuciem winy bohaterka, rozkminia o co chodzi, to ja już zaglądałam na ostatnią stronę. Z nudów. 
Tak jak napisałam wcześniej: thrillerów czytam dużo i rzadko rozwiązuję zagadkę przed końcem książki. A tu domyśliłam się wszystkiego zanim dobrnęłam do połowy. Autorka tak to wszystko przedstawiła, tyle podsunęła podpowiedzi, że nawet ja wpadłam na rozwiązanie.
Jeśli chodzi o sprawcę i motyw, to pojechała po "schemacie". To już tyle razy spotykałam w książkach i filmach, że zaczyna się robić nudne niczym niedzielna szarlotka u cioci. Oczywiście nie napiszę nic więcej, aby nie psuć Ci zabawy, kiedy już sięgniesz po tę książkę. No chyba, że mi uwierzysz i nie sięgniesz...

Ja się grzecznie pytam: gdzie te zaskakujące "zaskakujące zwroty akcji", "ciągłe napięcie" i "atmosfera niepokoju"? Czy zaskakującym zwrotem akcji jest tu pukanie kuriera do drzwi czy kawa z przyjaciółką? A to ciągłe napięcie? To może jest NA PIĘCIE stojąca bohaterka przy telefonie? A ten niepokój? To chyba występuje kiedy ta kobieta sprząta kuchnię, a NIE POKÓJ.

Kreacja bohaterów odkrywcza niczym kopalnia w Bełchatowie. Wszyscy irytujący niczym śnieg w maju. Czy naprawdę kochający mąż podaje do kolacji wino wiedząc, że żona bierze psychotropy? No ja przepraszam. I nikt nie wpadł na pomysł, że wysyłanie smsów to jest niebezpieczna metoda kontaktów? Czy autorka nie wie, że w dobie internetu i w XXI wieku wszystko można sprawdzić?

Zapadanie się w kolejny etap choroby, demencji jak sądzi bohaterka, jest tu dla mnie ciekawe jak przesypujący się piasek w klepsydrze. Problem przedstawiony wybiórczo i "po łebkach". Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś ciekawego, a tu tylko kurz jakiś osiadł po interesującym temacie.

Podsumowując:
Kiepski thriller bez żadnego napięcia, przewidywalny, z zakończeniem łatwym do odgadnięcia, temat choroby potraktowany po "macoszemu", bohaterowie i motywy sprawcy schematyczni.

Nie polecam.

PS. Aaaaaaaaaa! Wiem! Ten tytuł... Ja już byłam prawie na skraju załamania, kiedy czytałam ten, ponoć rewelacyjny, thriller i myślałam sobie ile to świetnych książek czeka na mnie na czytniku.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Bliźnięta z lodu. S.K.Tremayne.

TYTUŁ: Bliźnięta z lodu
AUTOR: S.K. Tremayne
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Czarna Owca
GATUNEK: thriller psychologiczny
stron: 330
Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Dziś zapraszam Was na spotkanie z brytyjskim autorem, który pisze też pod pseudonimem Tom Knox. Pod nazwiskiem Tremayne zadeubiutował w Polsce właśnie "Bliźniętami z lodu" w 2015 roku. A w tym roku ukazała się kolejna jego książka "Dziecko  ognia". Ale ja, jak zwykle, musiałam zacząć czytać nie po kolei.

Ta książka mnie bardzo zaintrygowała. I z przerażeniem stwierdziłam, że mam coś wspólnego z dr Mengele. TYM Mengele z Auschwitz. Bliźnięta leżały w kręgu jego zainteresowań. Prowadził na nich swoje nieludzkie eksperymenty. A mnie bliźnięta też interesują. Szczególnie jednojajowe. A właściwie ich fenomen posiadania TAKIEGO SAMEGO DNA. Że o wyglądzie nie wspomnę.

Fabułę można streścić w kilku zdaniach. Angus i Sarah są rodzicami ślicznych bliźniaczek: Lydii i Kristii. W wyniku nieszczęśliwego wypadku jedna z nich ginie. Rodzice nie mogą pozbierać się z żałoby i przeprowadzają się na samotną wyspę, którą Angus odziedziczył po babci. Przeprowadzka ma miejsce rok po śmierci dziecka. I nagle żyjąca bliźniaczka mówi rodzicom, że się pomylili. Pomylili tożsamości. Kristie, żyjąca córka, twierdzi, że ona jest w rzeczywistości Lydią. A przecież Lydię rodzice pochowali. I zaczyna się prawdziwa " jazda bez trzymanki". I co teraz?

To, co zrobił autor, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Dziewczynki były identyczne do tego stopnia, że położna tuż po urodzeniu radziła rodzicom pomalować jeden paznokieć u nogi, aby móc je rozróżnić. Ja sobie tego nie wyobrażam. Oczywiście nie chodzi mi o malowanie paznokci u noworodka, ale o brak możliwości odróżnienia dzieci. Sama jestem matką i moje dzieci różnią się tak bardzo, że trudniej bardziej. A przecież mają tych samych rodziców.
Bliźniaczki miały swój specyficzny język, rozumiały się bez słów, mogę śmiało napisać, że czytały sobie w myślach. To musi być niesamowite uczucie. Tak i dla matki, jak i dla dziecka. Dla matki to musi być nie lada wyzwanie: odróżnić dzieci, kiedy fizycznie wyglądają niczym swoje własne klony. A dla dziecka? Patrzeć na siostrę niczym spoglądać w lustro. Autor świetnie pokazał świat dziecięcy. To, jak siostra, która została sama bez bliźniaczki nie mogła sobie poradzić z traumą. Były momenty, że ja już myślałam, że ze mną jest coś nie tak. Już nie wiedziałam, która siostra żyje, a która nie. Zaczęłam się gubić w domysłach i czytałam z coraz większym zainteresowaniem. I do tego wszystkiego matka, która mało nie wpada w obłęd. Odkrywa nieznane fakty z przeszłości, zaczyna dociekać prawdy, konsultuje się z psychiatrą. I ten "dolewa oliwy do ognia", kiedy mówi, że bliźniaki jednojajowe są nie do odróżnienia. To samo DNA. Ja też bym była chyba bliska szaleństwa tak, jak Sarah. Oczywiście nie jestem matką bliźniaków i nie mam pojęcia jak to jest. Mogę się tylko domyślać. 
I do tego ojciec. Niby jest, ale chyba tak nie do końca... Jakby na drugim planie. Coś ukrywa? Coś kręci? Nie mogłam go rozszyfrować.
Ale całą tę zagadkę z tożsamościami autor przeprowadził mistrzowsko. Czytałam i cały czas się zastanawiałam: to, która dziewczynka w końcu umarła??? Myśli goniły myśli, a ja raz współćzułam rodzicom, a raz łączyłam się w bólu z dzieckiem. Oszaleć można, prawda?

I jak do tego wszystkiego dołożymy opisu krajobrazu: samotna wyspa smagana wiatrem, szalejący sztorm za oknem, przypływy i odpływy, zaniedbany i chylący się ku upadkowi dom po babci, skrzypiące podłogi i biegające szczury gdzieś w piwnicach. Brawo! Ja to "kupuję". Dobrze, że czytałam tę książkę w czerwcu. Bo jesienią to chyba bym zeszła na zawał... Bardzo plastycznie to autor przedstawił.

No i  to zakończenie. Zaskakujące i nie do końca jednoznaczne. A to lubię.

Czyli podsumowując: jest intrygujący mnie temat bliźniąt jednojajowych, jest zagadka tożsamości, jest mroczny klimat i nieprzewidywalne zakończenie. I to mi wystarczy, żeby książkę polecić. 
Czytajcie! Polecam szczerze.

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



środa, 31 maja 2017

Dziecko ognia. S.K. Tremayne

TYTUŁ: Dziecko ognia
AUTOR: S.K. Tremayne
WYDAWNICTWO: Czarna Owca
GATUNEK: thriller psychologiczny
LICZBA STRON: 350

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


I to lubię!
Takie książki to mogłabym czytać!
Rzadko sięgam po thrillery, bo zbyt wiele mnie rozczarowało. 
Ale ten jest inny...
Postaram się przekazać Wam mój zachwyt.

Po pierwsze: okładka. Po przeczytaniu stwierdzam, że bardzo pasuje do treści. Oddaje klimat.

Po drugie: sam pomysł na fabułę. Świetnie poprowadzona akcja, która podnosi puls.

Po trzecie: piękny język i plastyczne opisy.

Po czwarte: niespodziewane zwroty akcji i zaskakujące zakończenie.

Po piąte: historia górnictwa i ciekawostki, jak dla mnie, interesujące.

Po szóste: rewelacyjnie zbudowane napięcie, które przyprawiło mnie prawie o stan przedzawałowy...


Po krótce fabuła wygląda tak: Rachel, dziewczyna z ubogiej dzielnicy Londynu, po krótkiej znajomości, poślubia Davida, prawnika z rodową fortuną. I jednocześnie wdowca z sześcioletnim synem. Wprowadza się do rodzinnej posiadłości. I wtedy zaczynają się "schody"...

Nie będę się rozpisywać. Napiszę tylko o tym, co mnie najbardziej zachwyciło.

Mnie autor zauroczył  opisami i zbudowanym napięcie. Do tego stopnia, że nawet nie chciałam znać finału tej historii. Kornwalia i jej niesamowity klimat. Niebezpieczne klify, rozszalałe morze, mroczne kopalnie cyny, stalowoczarne niebo, przygnębiający deszcz/mżawka, smagane wiatrem wrzosowiska, kręte i niebezpieczne drogi, słona bryza, ogłuszająca cisza. Widziałam to wszystko w wyobraźni...

I do tego opisy rodowego zamku. Przerażająca cisza, deszcz smagający szyby, skrzypiąca podłoga, mroczna ciemność, tajemniczy protoplaści śledzący każdy Twój ruch z zabytkowych portretów, niezbadane piwnice i świadomość historii rodzinnej. Czytałam z zapartym tchem.

A jeśli chodzi o napięcie... Napisze tylko, że puls mi oszalał.


Mnie się podobało. Już zamówiłam w bibliotece inną książkę tegoż autora "Bliźnięta z lodu".

Dałam się ponieść tej historii i nie żałuję.

Polecam.

PS Ta książka trochę mi przypominała film "Szósty zmysł". Dwaj milczący chłopcy o mrocznym spojrzeniu....

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek

Kruchy lód. Krzysztof Bochus

    TYTUŁ :   Kruchy lód AUTOR :  Krzysztof Bochus  WYDAWNICTWO : Skarpa Warszawska GATUNEK:  kryminał STRON : 368 DATA PREMIERY:  13 marca ...