Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Replika. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 listopada 2022

Kołysanka dla Łani. Ewa Formella

 

TYTUŁKołysanka dla Łani
AUTOR: Ewa Formella
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: biografia/pamiętnik
STRON: 300
DATA PREMIERY: 23 czerwca 2020
SERIA: Szkatułka wspomnień


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



To już moje ostatnie spotkanie z serią Szkatułka wspomnień.
Poprzednie trzy części mnie zachwyciły. Z tą było inaczej.
Mam mieszane uczucia. Przez cały czas czytania nie odstępowało mnie uczucie przewidywalności fabuły, które mnie trochę uwierało. 

Pani Ewa pisała swoją serię Szkatułka wspomnień na podstawie prawdziwych wydarzeń. Poprzednie części bardzo mnie wzruszyły. Z tą było inaczej. Bezdomny i z zanikami pamięci Zygmunt przygarnięty przez główną bohaterkę nie wzbudził mojego współczucia, ani żadnych innych ciepłych uczuć. Zresztą sam fakt przygarnięcia do domu nieznajomego człowieka bez pamięci w tych czasach wydaje mi się trochę nieroztropny. 
Akcja dzieje się dwutorowo, co bardzo lubię w powieściach. Tu, niestety, żaden z wątków mnie nie urzekł, choć najczęściej wątek z przeszłości jest dla mnie bardziej interesujący. Cały czas uwierała mnie ta przewidywalność, tym bardziej, że autorka cały czas podsuwała pewne podpowiedzi co do zakończenia.
Trochę zabrakło mi emocji, kreacji bohaterów i tła historyczno-obyczajowego. Ale ja już czasami czuję się zmanierowana przez ilość przeczytanych książek.

Książka nie jest zła, aczkolwiek zupełnie nie dla mnie. Nie lubię pewnych rzeczy w powieściach, jak choćby romantycznych i ckliwych scen czy nierozważnych bohaterek. I powtarzających się zdrobnień.

Książkę polecam tym, którym powyższe moje zastrzeżenia nie przeszkadzają w książkach.

niedziela, 6 czerwca 2021

Złoty konik dla Palmiry. Ewa Formella.

 

TYTUŁ: Złoty konik dla Palmiry
AUTOR: Ewa Formella
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: biografia/pamiętnik
STRON: 312
DATA PREMIERY: 4 maja 2021
SERIA: Szkatułka wspomnień



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



To już ostatnia, podobno, część serii Szkatułka wspomnień. Choć cały czas mam nadzieję, że autorka zmieni zdanie i powstaną kolejne piękne powieści.

W tej tak samo jak w poprzednich książkach tej serii, autorka utrzymała pewną konwencję.
Jest dwoje staruszków, ich dzieci i wnuki, niewyjaśnione tajemnice z przeszłości, akcja dzieje się dwutorowo i zakończenie...

Ten cykl urzeka mnie z tych samych powodów niezmiennie. Choć poszczególne historie są zupełnie inne, to w tych powieściach jest coś, co każe mi sięgać po kolejną książkę tej autorki.

Tajemnice rodzinne sprzed lat to tematyka, którą lubię odkąd pamiętam. I cały czas sobie zadaję pytanie: czy warto je odkrywać?
Cenię sobie bardzo, kiedy akcja dzieje się dwutorowo. Mnie to pozwala spojrzeć na te same wydarzenia z różnych perspektyw i daje powody do zastanowienia się na wieloma sprawami.
Pani Ewa bardzo umiejętnie wplata wątek edukacyjny. Tak, jak w Listach do Duszki wspaniale opisała Wolne Miasto Gdańsk, tak w tej części świetnie uchwyciła postawy Ślązaków w czasie drugiej wojny światowej. Nam, współczesnym, łatwo jest oceniać tamte zachowania: kolaborant i volksdeutsch to zdrajca. Ale zawsze jest jakieś ale... I autorka bardzo sprawnie przedstawiła tę problematykę w taki sposób, że to czytelnik sam musi ocenić sylwetki i poglądy bohaterów.
I choć, tak jak w poprzednich częściach, domyśliłam się zakończenia, to wcale nie psuło mi ta radości z czytania.
I po raz kolejny nie obeszło się bez chusteczek.
I po raz kolejny wątek współczesny wypadł blado w stosunku do tego z przeszłości, ale ja już tak mam, że te współczesne historie zupełnie do mnie nie trafiają. Ale akcent włoski w tym wątku podobał mi się bardzo.
Istotne jest też to, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Ale z wielu powodów autorka musiała zmienić imiona bohaterów.

Polecam.

sobota, 14 listopada 2020

Dziecko Hitlera. Moja młodość wśród nazistów. Alfons Heck.

 

TYTUŁ: Dziecko Hitlera. Moja młodość wśród nazistów.
AUTOR: Alfons Heck
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: literatura faktu/autobiografia
STRON: 328
DATA PREMIERY: 20 września 2020




Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Cenię sobie bardzo książki z półki literatura faktu. A szczególnie te, które dotyczą drugiej wojny światowej. Dziś chcę zachęcić do sięgnięcia po autobiografię człowieka, który uwierzył Hitlerowi i wstąpił do Hitlerjugend. Jest to, przynajmniej dla mnie, zupełnie inne spojrzenie na ten konflikt zbrojny. Do tej pory czytałam wspomnienia osób, które przeżyły wojnę, jak np. ukrywających się Żydów czy prześladowanych Polaków. Czas spojrzeć z innej perspektywy.

Kiedy Adolf Hitler doszedł do władzy, to Autor miał 5 lat. W 1938 roku, w wieku 10 lat wstępuje do Jungvolku, młodszej sekcji Hitlerjugend. I rozpoczyna karierę w tej organizacji, pnąc się po szczeblach kariery. Nie będę tu streszczać życia Hecka, ale po wojnie zamieszkał w Stanach Zjednoczonych i tam pisał o swoich doświadczeniach w Trzeciej Rzeszy.

Zanim zaczniesz czytać, to chcę zwrócić uwagę na kilka istotnych rzeczy.
Książka ta została wydana po raz pierwszy w 1985 roku, natomiast w Polsce w 2020 roku. Spora różnica w czasie. Autor na wstępnie przyznaje, że podjął się spisać swoje wspomnienia będąc już po pięćdziesiątce. I pisze wprost, że nie wszystko pamięta i że pewne fakty może wspominać trochę inaczej. Mnie to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że uprzedził na początku książki.

Ja zwróciłam uwagę, pisząc kolokwialnie, na pranie mózgu" dzieci niemieckich. Tu akurat dzieci, ale jeśli ktoś zna historię XX wieku, to nie tylko dzieci. Sama mam syna w wieku, który uprawnia go do wstąpienia do Hitlerjugend, gdyby oczywiście żył prawie 100 lat temu. I myślę, że to trochę zaburzyło mój odbiór tej książki. Kiedy czytałam co robił Heck, a potem spojrzałam na syna, to ogarniało mnie przerażenie. Przecież to byli tylko chłopcy, którzy powinni grać w piłkę i jeździć na rowerach, a nie maszerować ulicami i siać nienawiść wśród rodaków. Przyznaję się: to nakręcało mi w głowie spirale różnych myśli i skojarzeń. Nie każdy czytelnik może to tak odebrać, jak ja.

Jak pokazuje ta biografia, wojna położyła się cieniem na całym dalszym życiu jej Autora. Mieszkał w USA do końca życia, a przez całe pisał felietony i artykuły, które były związane z jego niemieckimi doświadczeniami. Szukał rozgrzeszenia czy wytłumaczenia? A może chciał się pogodzić z przeszłością? Nie zmienia to faktu, że uczestnicy wojen, bez względu na to, po której stronie stoją, nigdy o niej nie zapomną. Do tej pory czytałam i rozmyślałam o osobach, które przeżyły obozy koncentracyjne. Teraz będę myśleć o tych z drugiej strony konfliktu. Choć doświadczeń nie da się porównać, to ta książka wskazuje, że wojna zostaje w jej uczestnikach do końca życia.

Choć te wspomnienia nie są wolne od wad, to, dla mnie, są ważnym głosem w dyskusji o traumie i życiu w XX wieku. Pokazują jak propaganda i manipulacja niedojrzałymi umysłami nastolatków może doprowadzić do strasznych skutków. Autorowi świetnie udało się uchwycić pewne mechanizmy polityki, socjologiczne czy gospodarcze. 

I zwróć uwagę na zdjęcia i przypisy. Godne bliższego przyjrzenia się.

Polecam. 

I idę przytulić syna ciesząc się, że nie MUSI wstępować do żadnej organizacji.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Muzyka dla Ilse. Ewa Formella.

TYTUŁMuzyka dla Ilse
AUTOR: Ewa Formella
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: powieść polska
STRON: 304
DATA PREMIERY: 16 kwietnia 2019
SERIA: Szkatułka wspomnień



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




To moje drugie spotkanie z autorką i kolejne, które mogę zaliczyć do udanych. 
Poprzednia książka, "Listy do Duszki", wywołała we mnie tyle emocji, że postanowiłam bliżej przyjrzeć się twórczości Pani Ewy.

Ta lektura inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami. To duży plus.

Narracja prowadzona jest dwutorowo. Bardzo lubię ten zabieg, choć obawiam się go, bo czasami można się pogubić. Tu wszystko poszło sprawnie i płynnie.

Lubię historie rodzinne, a szczególnie, gdy skrywają tajemnice z przeszłości. I tu takie były. Po takiej lekturze zawsze się zastanawiam: czy warto je odkrywać? Tu, każdy czytelnik, będzie musiał sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Jednak dwa wątki zasługują, w mojej ocenie, na szczególne podkreślenie.
Ta powieść potwierdza moje osobiste przekonanie, że bycie dobrym człowiekiem nie zależy od narodowości czy wyznania. Bo nie wszyscy Niemcy byli źli i nie wszyscy Polacy ratowali Żydów. Była wojna, a to oznacza ekstremalne warunki i niewyobrażalnie trudne decyzje. Mnie, jako matce, szczególnie ciężko czytało się o losach dzieci. Czy potrafiłabym porzucić dziecko w drodze do obozu koncentracyjnego? Czy wolałabym zabrać je ze sobą? Nie mnie to oceniać. Niemniej, nie mogłam przeczytać niektórych fragmentów bez łez. 

Rola muzyki w życiu człowieka. Ilse, mała niepełnosprawna dziewczynka potrafi zatracić się w grze na fortepianie i jednocześnie zarazić innych swoją miłością do muzyki. Autorka cudownie pokazała świat nut i jego wpływ na obie dziewczynki. Bo opiekunką i towarzyszką Niemki była Polka, która została wysłana do Rzeszy "do pracy". Tą pracą była, właśnie, opieka nad niepełnosprawną pianistką. Obie panienki, choć z dwóch różnych światów, potrafiły się zaprzyjaźnić i przetrwać wojnę w wiejskiej posiadłości. Spokojnej, jak na czasy wojenne.

Przypadł mi do gustu też wątek edukacyjny. Dość szczegółowo opisane święta i zwyczaje żydowskie. O wielu aspektach tego wyznania nie miałam pojęcia. Czytałam z zaciekawieniem.

Jedynie co mnie "uwierało", to watek Ilony i jej znajomości z Andrzejem. Ale wątki współczesne zawsze tak jakoś "blado" wypadają, w moich oczach, przy historiach z przeszłości.

No i zakończenie. W moich odczuciu, dość przewidywalne, ale i tak nie popsuło mi czytania. Bardzo emocjonujące i chwytające za serce. 

Autorka informuje nam, że jest to książka na faktach. Ta historia zdarzyła się naprawdę. Jednak, z wielu powodów, musiała zmienić imiona bohaterów.

"To pierwsza (z czterech), które postanowiłam napisać na podstawie wspomnień moich cudownych podopiecznych". To słowa autorki. Czyli będą kolejne książki. Czekam.

Jako podsumowanie tej lektury przytoczę słowa profesora Władysława Bartoszewskiego: "Warto być przyzwoitym". A ja dodam: bez względu na okoliczności.

Polecam.

niedziela, 16 września 2018

Listy do Duszki. Ewa Formella

TYTUŁListy do Duszki
AUTOR: Ewa Formella
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: biografia/pamiętnik
STRON: 300
DATA PREMIERY: 1 kwietnia 2018
SERIASzkatułka wspomnień

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



To moje pierwsze spotkanie z autorką i od razu bardzo udane.
Po książkę sięgnęłam po przeczytaniu opisu : "Wolne Miasto Gdańsk, lata 1937-1938". Mnie to wystarczyło. Uwielbiam czytać o dwudziestoleciu międzywojennym, ale też o drugiej wojnie światowej. Tu miałam takie dwa w jednym. Bo i okres przedwojenny był, jak i wojenny. I czasy współczesne też. 

Czy miłość córki polskiej szwaczki i syna niemieckiego lekarza mieszkających w Wolnym Mieście Gdańsku w 1938 roku ma szansę przetrwać? Czy wybór, którego dokonujemy jest zawsze słuszny? Czy odkrywanie tajemnic po wielu latach ma sens?

Książka, która mnie zauroczyła. I to z kilku powodów.

Lubię kiedy akcja dzieje się dwutorowo: kiedyś i współcześnie. Tu mamy kilka okresów, w których poznajemy bohaterów. Nie przeszkadzały mi przeskoki w czasie. Płynnie przechodziłam z jednych czasów do drugich.

Książki, które pokazują tajemnice rodzinne i ich odkrywanie zawsze wprawiają mnie w zadumę. Bo się zastanawiam: czy warto? Czy nie lepiej zostawić wszystko tak jak jest? Czy starzy ludzie, którzy przeżyli już całe swoje życie zechcą poznać inną prawdę niż tą, którą znali dotychczas? Mnóstwo pytań, a to lubię.

Uwielbiam kiedy w czytanej przeze mnie lekturze odkrywam wątek edukacyjny. Tutaj autorka pięknie ukazała Gdańsk. Jego historię, mieszkańców i wpływ zmieniających się czasów. Czasami miałam wrażenie, że spaceruję wraz z bohaterami uliczkami Gdańska. Widziałam to oczami wyobraźni. I to jest duży plus dla tej książki. Sprawnie i ciekawie wpleciona historia miasta w historię dwojga zakochanych.

Pokazanie wielkiej miłości na kartach książki, niestety, nie każdemu autorowi wychodzi. Często, przynajmniej u mnie, budzi zażenowanie. Tutaj Pani Ewa tak przemyślanie wplotła ją w zawiłe wątki polsko-niemiecko-żydowskie, że czytałam z zapartym tchem. I po raz kolejny moje stwierdzenie "bycie dobrym człowiekiem nie zależy od narodowości" znalazło odzwierciedlenie w książce. I starałam się zrozumieć bohaterów tej powieści, nie mnie oceniać wybory w czasach tak okrutnych.

Znalazłam tylko jedną wadę. Ta powieść za szybko się skończyła. Mnie tak dobrze się czytało.

I jeszcze kilka słów. 
Już na samym początku, zanim poznamy historię Stefanii i Henricha, autorka mówi nam, że jest to książka na faktach. Ta historia zdarzyła się naprawdę. Jednak, z wielu powodów, musiała zmienić imiona bohaterów.

A na koniec przeczytałam super wiadomość: "To pierwsza (z czterech), które postanowiłam napisać na podstawie wspomnień moich cudownych podopiecznych". Czyli będą kolejne książki. Będą wypatrywać.

Polecam szczerze.

środa, 8 listopada 2017

Noc kryształowa. Preludium do zagłady. Martin Gilbert

TYTUŁ: Noc kryształowa. Preludium do zagłady
AUTOR: Martin Gilbert
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Replika
GATUNEK: historyczna
STRON: 350
Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Z tą książką mam duży problem.
Z jednej strony przedstawia ona problem Nocy Kryształowej jako preludium do zagłady czyli temat, który zgłębiam od dawna, ale z drugiej jest napisana tak nużąco i nieciekawie, że trudno było mi przez nią przebrnąć.

Sir Martin John Gilbert jest brytyjskim historykiem. I to wyraźnie czuć w tej książce. Autor wykonał ogromną pracę: dotarł do świadków tamtych wydarzeń, przeszukał niejedno archiwum i przerzucił tony różnorodnych dokumentacji. I ja to bardzo doceniam. Ten ogrom włożonej pracy i poświęconego czasu. W lekturze tej znajdziemy też sporą ilość ciekawych map i bogaty indeks ułatwiający wyszukanie potrzebnego nam tematu. Bardzo imponująca jest bibliografia. Dla osób które chcą zgłębiać temat-istna kopalnia źródeł.
I to tyle, jeśli chodzi o dobre strony tej książki.

Niestety, dla mnie była ona trudna do przebrnięcia. Na okładce czytamy: "Książka Martina Gilberta jest połączeniem pracy historycznej i reportażu". I pewnie dlatego tak bardzo się ucieszyłam, kiedy ta lektura wpadła w moje ręce. Czytałam już nie jedną tego typu książkę, ale ta jest napisana w sposób mało interesujący. Nie potrafiłam wciągnąć się w czytanie, odkładałam kilkanaście razy. Czasami miałam wrażenie, ze czytam "rozpisany" rocznik statystyczny lub podobne opracowanie: w tym mieście to spłonęło tyle synagog, a w innym tyle. W tej miejscowości zdemolowano tyle sklepów żydowskich, a w innej mniej. W trakcie czytania wszystko mi się mieszało... 
Użyte cytaty świadków tamtych wydarzeń tez jakoś do mnie nie przemawiały. Ja rozumiem: każdy człowiek to osobna tragedia, ale ilość powtórzeń psuła mi odbiór książki.

Powodów mojego niezadowolenia może być kilka: albo miałam zbyt duże oczekiwania względem tej lektury, albo jest to pozycja dla osób, które nie znają jeszcze historii, albo autor napisał ją, po prostu, mało ciekawie.
Czy polecam? 
Tak! Koniecznie sprawdźcie czy mam rację. Może kogoś zachwyci.


środa, 4 października 2017

Nakarm mnie. Julita Strzebecka

TYTUŁ: Nakarm mnie
AUTOR: Julita Strzebecka
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Replika
GATUNEK: współczesna literatura obyczajowa
STRON: 335
Zdjęcie autorskie


Uwaga! Uwaga!
Książka, która ma szansę na Książkę Roku! A za mną już ponad setka książek ...

Jest październik. Jest szaro, ponuro i zimno. Z chęcią chciałoby się otulić kocykiem, wziąć książkę do ręki, wypić ciepło kakao i przekąsić coś słodkiego. Batonika, czekoladę, pianki, ciasteczka, ciasto, pączki. Albo coś na ciepło: pizzę, kebab, hamburgera, frytki. 
A dlaczego o tym piszę? A bo nasza bohaterka, Joanna, właśnie takie "smakołyki" uwielbia. Ale nie jeden z nich. Wszystkie po kolei. Na jeden lub dwa posiłki. Dzień w dzień.
Joanna Wysocka to trzydziestopięcioletnia dyrektor finansowy w poważnej firmie. Zapracowana rozwódka. Bezdzietna. Przy wzroście 170 cm waży 145 kg. I kocha jeść. Dużo jeść.
Ale kiedy mdleje w pracy, to prezes zawozi ją do przychodni i oddaje w ręce lekarzy. A ci są bezwzględni. Po krótkiej diagnostyce zalecają odchudzanie. Joanna jest załamana. Ale postanawia udać się do specjalistycznego szpitala na kurację zmniejszenia wagi. 
I tam spotyka Wiktora, lekarza bariatrę. Przystojnego, eleganckiego, wysportowanego, czarującego faceta, którego uwielbiają i pacjentki, i personel.
I co z tego spotkania wyniknie?
Zapewniam Was: nic dobrego.

Autorka poruszyła w książce bardzo ważne kwestie. I do tego tematy tabu. Przynajmniej dla niektórych czytelników one takie będą.
Ja znalazłam kilka.

Objadanie się jako nałóg. Jedzenie takich ilości pożywienia, która dla przeciętnego człowieka są  nie do przyjęcia.  Kiedy czytałam co jadła Wysocka i do tego w jakich ilościach, to robiło mi się niedobrze. Mdliło mnie już od samego czytania. Podobno z każdego nałogu można wyjść: z alkoholu, hazardu czy papierosów. Można je odstawić i żyć dalej. A jedzenie? Czy można odstawić?

Feedersi. Kto o nich słyszał? Przyznaję się: ja nie! 
A dla tych czytelników, którzy nie słyszeli już wyjaśniam: Feedersi to określona grupa społeczna zwana inaczej wypasaczami, tuczycielami lub dokarmiaczami. Traktują kobiety jak przedmioty. Ich fetyszem jest kobieca tkanka tłuszczowa. Im kobieta jest cięższa, tym większa radość wypasacza. Jeden z bohaterów książki marzył o wadze 300kg dla swojej kobiety. Feedersi karmią swoje feedee olbrzymimi porciami i z uwielbieniem patrzą jak one tyją. Potrafią podać "ukochanej" 5 tys (!!!) kalorii w jednym posiłku. A gdy do tego dodamy kompletny brak ruchu, to wniosek nasuwa się sam. 
Ale żeby było ciekawiej to feedersi wręcz obsesyjnie dbają o swój wygląd. Wiktor uprawiał sport: biegał, pływał i chodził na siłownię. Dbał o menu: owsianka, owoce, soki, zdrowe przygotowywanie posiłków. Lubił dobrze się ubrać i dobrze wyglądać. Ale miał też ciemną stronę swojej natury: uwielbiał karmić swoją feedee. Której był totalnym przeciwieństwem.
Zachowanie i sposób myślenia tego lekarza przyprawiał mnie o zawrót głowy. I jego kolegów z resztą też. Traktowali wypasane jak przedmioty. Nic innego nie miało znaczenia niż wzrost wagi. Stwarzali pozory, świetnie odgrywali rolę zakochanych mężczyzn, manipulowali kobietami. A wszystko to w celu zaspokajanie swoich potrzeb i żądz. Bo ci panowie uwielbiali głaskać, masować i pieścić powiększające się ciała pań. Nie napiszę nic więcej. To trzeba przeczytać samemu.

Ta książka jest dla mnie szokująca z wielu powodów. 

Jednym z nich jest to, że od kilku lat nie używam cukru. Takiego zwykłego cukru z cukierniczki. Bo, niestety, nie da się go wyeliminować całkowicie z diety. Bo  jest w każdym produkcie, który jemy. Nie wierzysz? Poczytaj etykiety. 
A wracając do książki... I kiedy czytałam, że feedee zjadła wiadro lodów albo cały tort NA RAZ, to mnie po prostu mdliło. Nie dawałam czytać jednym ciągiem.

A do tego te ilości: pól kilograma lasagne, duży kawałek szarlotki i dwa hamburgery. Na jedną kolację. I litr coli. I tak dzień w dzień.

Relacje między wypasaczami a wypasanymi. Podniecenie i radość z jednej strony, a kalectwo i uzależnienie z drugiej. Coś niewyobrażalnego dla mnie.

Ta pozycja ma dla mnie też spore walory edukacyjne. Autorce udało się "przemycić" wiele informacji na temat odżywiania. Wspomina o skutkach otyłości, chorobach z nią związanych, kaloriach, efektach braku ruchu i wielu innych. Wiele tematów jest mi znanych, ale kilka muszę jeszcze sprawdzić. Czytałam z ciekawością.

Autorka popełniła tą książką debiut. Ale jakże udany, jak dla mnie. Poruszyła tematy tabu, przedstawiła je w sposób ciekawy i skłaniający do zastanowienia, świetnie wplotła wiele informacji z zakresu odżywiania i psychologii.

Po kolejną pozycję autorki sięgnę w ciemno.
Polecam wszystkim. Bez względu na rozmiar.

PS. Dziś idę spać bez kolacji...

środa, 7 czerwca 2017

Niebo pod Śnieżką. Joanna Sykat

TYTUŁ: Niebo pod Śnieżką
AUTOR: Joanna Sykat
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: współczesna literatura obyczajowa
LICZBA STRON: 304
Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Dziś będzie krótko. 
Z wielką niecierpliwością wyczekiwałam tej książki. Poprzednia pozycja tej autorki, "Cztery strony miłości", zachwyciła mnie totalnie, więc ta miała wysoko podniesioną poprzeczkę. Niestety. Coś poszło nie tak. Nie zaiskrzyło między nami...

Historia czterdziestoletniej Kingi, która odkrywa tajemnicę rodziną dla mnie jest banalna. Już w połowie opowieści domyśliłam się zakończenia. Dla mnie wszystko było przedstawione w sposób mało interesujący i przewidywalny. A tego nie cierpię w książkach. Nic nie było w stanie przykuć mojej uwagi.

Sama bohaterka też mnie denerwowała. Dla mnie ona po prostu była niedojrzała i zupełnie nie trafiały do mnie jej przemyślenia. Nie byłam w stanie jej polubić.

Jakoś nie umiałam wczuć się w tę historię. Nie znalazłam w niej ładunku emocjonalnego, którego oczekiwałam. Nie wciągnęła mnie i nie porwała.

Ale znalazłam coś w tej lekturze, co mnie zachwyciło. To zaprezentowanie samej Śnieżki i okolic. Sama majestatyczna góra, opisy zachwycającej przyrody. Przedstawione w taki sposób, że zapragnęłam spakować się i jechać zwiedzać opisywane tereny. A żeby tego było mało, to po skończeniu wróciły wspomnienia...

Ponieważ kocham góry miłością prawie  tak wielką jak książki, zwiedzałam tę część Polski nie jeden raz. I mogę Was zapewnić, że Pani Joannie udało się oddać klimat i piękno tego rejonu kraju.

Na koniec zaznaczę wprost: to nie jest zła lektura. Ja się spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Pozycja ta nie trafiła w mój gust. A może jestem za stara na takie opowieści...

Polecam samemu sprawdzić jak jest z tą książką.

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek

czwartek, 25 maja 2017

Cztery strony miłości. Joanna Sykat

TYTUŁCztery strony miłości
AUTOR: Joanna Sykat
WYDAWNICTWO: Replika
GATUNEK: Literatura obyczajowa, romans
str. 288
Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Właśnie skończyłam czytać. 
I postanowiłam od razu napisać dopóki moje myśli kręcą się na karuzeli uczuć.
Piękna książka o trudnych sprawach.
Zawsze powtarzam, że każdą historię o miłości można opowiedzieć na miliony sposobów.
Pani Joanna wybrała sposób najpiękniejszy, choć niełatwy.
Dla mnie jest czarodziejką słowa. 
Z prozy i poetyckich zdań utkała przepiękną makatkę.
Zdania krótkie, proste, dosadnie opisujące uczucia i myśli.
Bez owijania w bawełnę i bez upiększania. 

Wielokrotnie przystawałam i czytałam jeden i ten sam fragment po kilka razy.
O jakiej wrażliwości trzeba być kobietą, żeby tak nostalgicznie i lirycznie pisać o tak trudnych sprawach? I nie popaść w banał i kicz...
Bo nie jest to tylko książka o miłości...
Jest o trudnych relacjach w związku, braku zrozumienia, braku empatii. 
O niewypowiedzianych słowach i przygaszonych myślach.
O zagubionych spojrzeniach i niechwytnym dotyku rąk.
O ludzkich namiętnościach i wstydliwych słabościach.
O miłości do muzyki i miłości w marzeniach.
I o CISZY w związku, która potrafi osaczyć niczym mgła...
Zatrzymane wyrazy, zamiecione pod dywan żale i pretensje...

A ludzkie nieprzychylne oko i gorzkie słowo wcale nie pomagają...
Własne lęki i obawy, które cisną codziennie  są niczym gorset (znacie to powiedzenie: A co ludzie powiedzą?).
Kto kogo zdradził, kto oszukał?
Kto jest winny, a kto niewinny rozpadowi małżeństwa?
Co spowodowało, że mężczyzna dzieli dom na pół?
Czy w Polsce kredyt łączy ludzi silniej niż węzeł małżeński?
Czy sztuka rozmowy jest we współczesnych związkach sztuką zanikającą?
Czy milczenie może zabić największa miłość?
Z mnóstwem pytań pozostawia mnie ta książka...

Nie napiszę nic o samej treści, bo cokolwiek napiszę będzie to spojler.
I dziś, wyjątkowo, nie przytoczę cytatów. Bo musiałbym przepisać prawie całą książkę.
Jeśli chcecie przekonać się czy mam rację, to sięgnijcie po tę lekturę.
Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek

Kruchy lód. Krzysztof Bochus

    TYTUŁ :   Kruchy lód AUTOR :  Krzysztof Bochus  WYDAWNICTWO : Skarpa Warszawska GATUNEK:  kryminał STRON : 368 DATA PREMIERY:  13 marca ...