Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2022

Życie za wszelką cenę. Lisa Genova


TYTUŁ: Życie za wszelką cenę
AUTOR: Lisa Genova
WYDAWNICTWO: Filia
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 360
DATA PREMIERY: 19 czerwca 2019


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek



Książkę przeczytałam po raz pierwszy zaraz po premierze. Pamiętałam, że wzbudziła we mnie cały wachlarz emocji. Postanowiłam po nią sięgnąć na kilka dni przed końcem roku, który u mnie zawsze jest czasem podsumowań. I teraz też powieść ta wzbudziła we mnie emocje. Jedna jest wyjątkowo silna: wdzięczność. 

Richard Evans to znany muzyk i wybitny pianista. Ma 45 lat, jest po rozwodzie, miewa kochanki i czuje się obywatelem świata. Koncertuje na całym świecie, jest uwielbiany i kocha to, co robi. Tę idyllę przerywa diagnoza: ALS. Kto od razu wie co to za choroba? No właśnie. Ja nie wiedziałam. ALS to stwardnienie zanikowe boczne, a najbardziej znaną osobą, która na nią chorowała jest Stephan Hawking, słynny brytyjski astrofizyk. Pomimo diagnozy lekarzy o 2-3 letniej długości życia pacjentów z tą chorobą przeżył ponad 50 lat. 
Ważną informacją jest to, że autorka jest amerykańską lekarką specjalizującą się w neurobiologii. I ja to czułam w trakcie czytania. Czułam, że autorka wie, o czym pisze. Zna z własnego doświadczenia postęp tej nieuleczalnej choroby i problemy, z jakimi trzeba sobie radzić. To, co opisuje budziło we mnie najpierw niedowierzanie i współczucie, a potem nieustającą wdzięczność. Wdzięczność za moje ciało, które pozwala mi funkcjonować w sposób na jaki mam ochotę. Że mogę chodzić, podrapać się po głowie, usiąść, pobiec. Chorujący na ALS z każdym dniem mogą mniej. Systematycznie wyłączają się z użytkowanie kolejne mięśnie. U bohatera książki zaczęło się od rąk, co dla niego, jako pianisty oznaczało koniec pasji i pracy.  Aż dochodzi do tego, że nie jest już w stanie sam funkcjonować. Sytuacja pana Evansa jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo opiekę na nim sprawuje była żona, z rodzeństwem i ojcem ma niewyjaśnione rany, a z córką nie łączą go więzy takie, jakie by chciał.

Autorka opisuje z dużą dokładnością i, co ważne, z dużą wrażliwością wszystkie etapy choroby. Udało się jej wycisnąć ze mnie kilka razy łzy. Ale jednocześnie nie trąci sentymentalizmem i tanim blichtrem.
Książka ta skłania do wielu przemyśleń. Ja odczuwałam wdzięczność za to, co mam. Zastanawiałam się nad rolą pasji i pracy w życiu, nad rodziną i panującymi w niej relacjami, nad optymizmem i silną wolą w walce z nieuleczalną chorobą, nad rozwojem medycyny i sposobami radzenia sobie z coraz mniej funkcjonującym ciałem. Tematów poruszonych w książce jest o wiele więcej. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie swoje obszary do rozważań.

Polecam. 

czwartek, 26 listopada 2020

Organista z martwej wsi. Danuta Chlupová

 

TYTUŁ: Organista z martwej wsi
AUTOR: Danuta Chlupová
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Novae Res
GATUNEK: obyczajowa
STRON: 320
DATA PREMIERY: 25 listopada 2020



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




To już moje trzecie spotkanie z twórczością Autorki. Poprzednie książki, Blizna i Trzecia terapia, przypadły mi do gustu, to i po tę chętnie sięgnęłam.

Odkąd skończyłam czytanie, to zastanawiam się jak napisać o tej książce i jednocześnie nie zdradzić za wiele. Ta powieść ma tyle ciekawych wątków.

Głównym tematem jest wpływ jednego zdarzenia na resztę życia. Jak to jest być sądzonym nie za swoje winy? Czy to, co się wydarzyło było celowym działaniem czy był to może wypadek? 
Z premedytacją nie piszę szczegółowo, aby nie psuć frajdy z czytania.
Kolejnym wątkiem, na który zwróciłam uwagę jest życie w czasach komunizmu, a dokładnie w latach 50 XX wieku. Partia, propaganda, układy i wiele różnych działań, które były znakiem tamtych czasów.
Mała miejscowość, której mieszkańcy żyją z pracy w kopalni. Jest to dla mnie ciekawy wątek, jak działania władz kopalni wpływają na życie ludzi i środowisko. I nie mam tu tylko na myśli zajmowania terenów przez kopalniane władze, ale też wpływ na psychikę ludzi wysiedlanych z domów.
Bardzo mnie zainteresowało znaczenie muzyki w życiu głównego bohatera, ale nie tylko jego. Syn Teodora odziedziczył talent po ojcu, a chłopiec, którego uczył grać też przejawiał miłość do muzyki. Jak muzyka wywarła wpływ na ich życie, to już musicie doczytać sami.
Mam tylko nadzieję, że uczynienie z chłopca z autyzmem jednym z bohaterów przyczyni się do lepszego zrozumienia spotykanych ludzi z tym zaburzeniem w otaczającej rzeczywistości.

Wszystkie te wątki są ze sobą w ciekawy sposób splecione, nie wywołują poczucia chaosu. I choć akcja dzieje się dwutorowo, to czytelnik płynnie przechodzi pomiędzy nimi. Do tego jeszcze postacie nie są jednoznaczne, choć ja akurat głównego bohatera, Teodora, nie polubiłam.  
Autorce udało się wzbudzić moją ciekawość i zmusić do wielu chwil zastanowienia.

I proszę przyjrzeć się okładce. Ona świetnie oddaje klimat książki. Bardzo w moim guście. 

Podsumowując: interesująca powieść obyczajowa z wieloma ciekawymi wątkami.

Polecam. 


Egzemplarz recenzyjny dzięki uprzejmości Wydawnictwa Novae Res.

piątek, 17 kwietnia 2020

Uwięzieni w raju. Xavier Güell

TYTUŁ: Uwięzieni w raju
AUTOR: Xavier Güell
WYDAWNICTWO: Czarna Owca
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 352
DATA PREMIERY: 14 listopada 2018


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


Nie, nie i jeszcze raz nie!!!
Ten rok obfituje w jakieś literackie gnioty. To już kolejna książka w tym roku, która świetnie się zapowiadała i naprawdę miała duży potencjał, a okazała się wydawniczym bublem. 
I tu mogłabym zakończyć swoje wywody o tej książce i napisać: nie polecam. 
Niestety. Palce mnie aż świerzbią, żeby napisać co o niej myślę. Bo nie mogę przejść obojętnie obok tej powieści. Wkurw mi na to nie pozwala.

Książka miała duży potencjał, bo:

Autor jest hiszpańskim pisarzem i muzykiem i miałam nadzieję, że te elementy muzyczne wplecione w opisywany okres drugiej wojny światowej będą wartością samą w sobie. W końcu w obozie koncentracyjnym w Theresienstadt zostali uwięzieni przedstawiciele żydowskiej elity kulturalnej i artystycznej z całej Europy. Niestety. Autor wplótł tyle fachowych nazw ze świata muzyki i zrobił z tych informacji takie dłużyzny, że laik muzyczny może przez to nie przebrnąć. Może gdyby autor dodał jakieś przypisy wyjaśniające, to by coś pomogło. Dla mnie było to kompletnie niezrozumiałe. Tylko uprzedzam.

Skoro pisarz osadza akcję swojej powieści w tak trudnym miejscu i czasie, jakim był obóz koncentracyjny, to może wypadałoby wykazać się większą znajomością danego okresu. Jak dla mnie zbyt mało szczegółów oddających atmosferę opisywanych wydarzeń. Czasami miałam wrażenie, że uwięzieni muzycy przebywają w sanatorium, a nie w obozie. Te kilka zdań o głodzie i brudzie, to trochę za mało. I kompletnie nie rozumiem „scen wagonowych".

Czytając niektóre dialogi, to nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Tak egzaltowanych i pompatycznych wypowiedzi nie wyobrażam sobie w żadnym czasie. Nie wiem czemu miały służyć te wywody na tematy filozoficzne czy ideologiczne. I to tego rozpisane w takie, kolejne, dłużyzny, że momentami odchodziła mi ochota na dalsze czytanie. Ale byłam twarda i brnęłam dalej.

A już wszystko na głowę bije główna bohaterka. Elisabeth, niemiecka lekarka, która wikła się w romans ze słynnym Josefem Mengele, aby zaraz potem wpaść w ramiona żydowskiego więźnia obozowego Hansa Krasy. Tylko trzeba pamiętać, że Elisabeth jest mężatką. Kompletnie nie rozumiem, po co w takiej książce opisy miłosnych igraszek pomiędzy bohaterami. I do tego przedstawione w sposób co najmniej żenujący. Nic więcej nie napiszę. Spuszczam zasłonę milczenia.

Jak widać potencjał był. Obóz w Terezinie miał być obozem modelowym. Miał pokazać światu, że w takich miejscach nie jest źle, że artyści mogą tworzyć, jest czysto i nie ma głodu. A miał to potwierdzić Międzynarodowy Czerwony Krzyż, który odwiedził obóz. Taki element nazistowskiej propagandy. I ta książka mogła być bardzo dobrym hołdem dla wszystkich ofiar tego obozu. Ale nie jest. I to dla mnie jest właśnie ten stracony potencjał. 
Bo:

Można by się zastanowić, właśnie, nad rolą propagandy i próbami manipulacji nazistów w czasie wojny.

Dylematy i przemyślenia ludzi sztuki w tych ciężkim czasie i miejscu.
Świetnie oddaje to pewien cytat:
Prawdziwy artysta po prostu umiera, gdy zabrania mu się tworzyć.

Czy Czerwony Krzyż w czasie wojny wiedział, czy nie wiedział, a może nie chciał wiedzieć co się działo w obozach?

I tak sobie myślę, że każdy czytelnik znalazłby sobie tematy do przemyśleń po lekturze tej powieści.

Podkreślam: niestety, autor zmarnował świetny pomysł bardzo złym wykonaniem.

Nie polecam.


niedziela, 22 marca 2020

Żółty ptak śpiewa. Jennifer Rosner

TYTUŁ: Żółty ptak śpiewa
AUTOR: Jennifer Rosner
WYDAWNICTWO: Otwarte
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 344
DATA PREMIERY: 11 marca 2020 roku


Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Zanim zacznie się tę lekturę, to warto przeczytać o autorce. Przynajmniej dla mnie jest to istotna informacja w kontekście treści. 

Jennifer Rosner jest amerykańską pisarką, autorką książek dla dzieci i wielu artykułów prasowych. (...) Zawsze pasjonował ją świat ciszy i dźwięku oraz samotność i poczucie więzi. (...) Wyrazem tego jest pamiętnik If a Tree Falls, w którym pisze o wychowywaniu swoich głuchych córek w słyszącym świecie. Żółty ptak śpiewa to jej powieściowy debiut.

Najpierw małe ćwiczenie: wyobraź sobie, że masz pięcioletnią córkę i musisz się z nią ukrywać. A wasze życie zależy od zachowania ciszy w kryjówce. Każdy, kto miał do czynienia z kilkulatkami wie jak trudno im usiedzieć na miejscu, jak trudno im zachowywać się cicho. Cisza - patrz wyżej.

Choć akcja tej powieści rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej, to nie jest ona tu na pierwszym miejscu. Jest przyczyną i tłem tego, o czym chce nam opowiedzieć autorka. Przynajmniej ja ją tak odebrałam. 
Róża i jej pięcioletnia córka, Szira, są Żydówkami, które muszą się ukrywać. Przygarnia je jeden z byłych współpracowników i ukrywa w swojej stodole. Warunkiem przeżycia jest, nomem omen, brak śladów i odgłosów życia. Matka i córka spędzają całe dnie w ciszy i, praktycznie, w bezruchu. Matka robi wszystko,co przychodzi jej do głowy, żeby tak zorganizować czas, by córka nie zdradziła ich kryjówki swoim zachowaniem. Wymyśla żółtego ptaka, który śpiewa w wyobraźni dziewczynki wszelkie melodie jakie ona zapragnie. Bo istotny jest tu fakt, że dziewczynka jest uzdolniona muzycznie i bardzo jej brakuje dźwięków i tańca. I tak spędzają całe dnie zakopane w sianie i w ciszy. Aż przychodzi moment, w którym matka musi podjąć bardzo trudną decyzję: czy rozdzielić się z córką i oddać dziecko do zakonnic, co zwiększy jej szanse na przeżycie czy zostawić Szirę przy sobie i ukrywać się razem z nią w lesie? Wybiera rozstanie. Dziecko jedzie do klasztoru, a matka ucieka do lasu, aby tam się ukryć. I od tego momentu akcja toczy się dwutorowo.

I choć sama historia może wydawać się banalna (no, bo co jeszcze innego i nowego można napisać o ukrywających się Żydach w czasie drugiej wojny światowej?), to jest jednak wiele aspektów, które wyróżniają ją spośród podobnych historii.
Pierwsze, aczkolwiek nie najważniejsze, to okładka. W czasach, gdzie tak wiele książek traktujących o wojnie ma na obwolucie nazwę lub bramę obozu, to tutaj okładka jest delikatna, symboliczna i bardzo dobrze oddająca treść książki. No, ale to się wie dopiero po skończeniu powieści. Brawa dla wydawnictwa!
Druga rzecz na którą ja zwróciłam uwagę, to relacje matki i córki. Trudne czasy i trudne wybory. Autorka nie zawsze pisze wprost i zostawia miejsce na rozważania czytelnika. Sytuacja, w której się obie znalazły wymaga od nich dużo więcej niż każda inna w czasie pokoju. Bo jak wytłumaczyć kilkulatce, że nie zrobiły nic złego i dlaczego muszą się ukrywać. Niesamowita więź, która wystawiona na próbę, okazuje się nierozerwalna. Miłość matki, która jest niczym ciepły koc otulające dziecko przed całym złem tego świata.
Kolejny wątek, który mnie zauroczył (jakkolwiek by to nie zabrzmiało), to rozbrzmiewającą muzyka w głowie dziewczynki i wymuszona cisza w rzeczywistości. Dziecko jest uzdolnione muzycznie, chce śpiewać, grać i tańczyć. Tytułowy żółty ptak bardzo jej w tym pomaga. I tak, jak napisałam wcześniej, autorka jest mamą dwóch głuchych córek. I wspaniale udało oddać się klimat i nastrój w kryjówce, zmagania matki i córki, marzenia o muzyce i ciszę, w której słychać więcej niż w świecie dźwięków. 
Tak sobie myślę, że Rosner chciała pokazać jak ważna jest sztuka w życiu człowieka. Muzyka, która pomaga przetrwać trudne czasy i nie pozawala się poddawać smutkowi. I jak istotna jest wyobraźnia. Jak oddając się marzeniom i znikając w świecie iluzji możemy przetrwać najgorsze czasy. Ja tu widzę potęgę muzyki i siłę wyobraźni.

Na koniec dodam tylko, że zwróciłam też uwagę na to jak autorka przedstawia Polaków w tej historii. Rosner dokładnie wpisała się w mój pogląd, że bycie dobrym człowiekiem nie zależy od narodowości. Różnorodność postaci odzwierciedla postawy z jakimi możemy się spotkać w czasie wojny.

Autorka ujęła mnie swoją wrażliwością i sposobem przedstawienia niełatwych sytuacji. Do tego zrobiła to z dużym wyczuciem i bardzo plastycznym językiem. Nie otarła się o kicz i banał. Choć łzy stawały mi w oczach wielokrotnie. Emocje były i dałam się im ponieś.

Jest to jedna z lepszych pozycji o tematyce wojennej na rynku. Choć nie należy do literatury faktu.

Polecam.

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek


sobota, 23 listopada 2019

Dwa światła. Maria Paszyńska

TYTUŁ: Dwa światła
AUTOR: Maria Paszyńska
WYDAWNICTWO: Pascal
GATUNEK: literatura współczesna
STRON: 400 
DATA PREMIERY: 16 października 2019



Zdjęcie autorksie Iza w labiryncie książek




Rok 2019 zdecydowanie jest u mnie rokiem Marii Paszyńskiej. Na początku roku trafiłam na pierwszą część serii Owoc granatu i tak się zaczęła moja miłość to twórczości tej autorki. Dwa światła to już 7 książka polskiej pisarki. Wszystkie moje opinie poprzednich książek można znaleźć na tym blogu.

Powieść ta jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Ale Paszyńska tak ją przedstawiła, że trudno było ją odłożyć i nie używać chusteczek podczas czytania.
W tej książce autorka przedstawia nam opowieść o przyjaźni profesora muzyki i małego żydowskiego chłopca. Niby co w tym niezwykłego? Ano to, że przyjaźń rozwija się w czasie drugiej wojny światowej w Warszawie. I nie jest to żadną tajemnicą ani spojlerem, że chłopiec po wojnie zostaje laureatem Konkursu Chopinowskiego i robi karierę pianistyczną. Ale czy zapomni o piekle jakie przeżył podczas wojny?

O wszystkich, także o tej, przeczytanych przeze mnie książkach Paszyńskiej mogę napisać praktycznie podobnie:
* autorka ma niesamowity zmysł, który pozwala zasłyszane historie przetworzyć na emocjonujące historie,
* posiada tego typu wrażliwość, która powoduje, że nie daj się czytać jej książek bez chusteczek,
* rewelacyjnie wplata fakty historyczne czy znane postacie co powoduje, że udaje się jej „przemycić" lekcje historii,
* potrafi odtworzyć klimat opisywanych czasów poprzez wiele drobnych detali i szczegółów,
* postacie bohaterów są wielowymiarowe i niekoniecznie wszystkie dają się lubić,
* fabuła jest tak poprowadzona, że ciekawość nie pozwala odłożyć książki,
* w tej konkretnej książce nie sposób nie zauważyć jak autorka pięknie pisze o muzyce i miłości do muzyki.

To wszystko sprawia, że niezmiennie pozostaje pod wrażeniem pióra autorki i wyczekuje kolejnych je książek.

Polecam.

piątek, 17 listopada 2017

Dzieci stamtąd. Nawet ptaki umilkły. Arlette Cousture

TYTUŁ: Dzieci stamtąd. Nawet ptaki umilkły
AUTOR: Arlette Cousture
WYDAWNICTWO: Wydawnictwo WAM
GATUNEK: literatura obyczajowa
STRON: 561



Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek




Czerwiec, rok 1939. W powietrzu czuć wojnę. W Krakowie mieszkają Pawulscy: Tomasz, profesor historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, z żoną Zofią, nauczycielką gry na fortepianie. Wraz z nimi trójka dzieci: Jurek, lat 17, Janek, lat 10 i Ela, lat 12. A rodzina ma się jeszcze powiększyć... We wrześniu 1939 roku Niemcy zajmują Wawel.

Tak zaczyna się ta historia. Od razu napiszę i nie będzie to chyba żadną tajemnicą, że powieść tą można podzielić na dwie części: wojenną i powojenną. 

Autorka jest Kanadyjką. I chce to wyraźnie napisać: Pani Arlette wykonała kawał dobrej roboty. Jak na osobę spoza europejskiego kręgu kulturowego i osobę, która nie była uczestnikiem opisywanych wydarzeń bardzo wiernie oddała realia życia w Krakowie podczas okupacji niemieckiej. Czytałam z uwagą i nie znalazłam nic, co mogłabym zakwestionować. Ale historykiem nie jestem...

Fabułę można przedstawić w sposób następujący: rodzina Pawulskich mieszka w Krakowie i tam ich zastaje wojna. Próbują na różne sposoby przeżyć kolejny dzień. Niestety, nie wszystkim będzie dane ocaleć. Kto przetrwa i będzie musiał odnaleźć się w powojennej rzeczywistości, to już musicie dowiedzieć się z książki.

Moją uwagę zwróciły dwie sprawy. Po pierwsze to, że autorka skupiła się na emocjach bohaterów i zrobiła to w bardzo dobry sposób. Na więzach rodzinnych, na nienawiści do wroga, na radzeniu sobie z otaczającą rzeczywistością, na poczuciu osamotnienia czy potrzebie bliskości. Nie ma w tej powieści akcji pędzącej niczym huragan i nie ma niesamowitych zwrotów akcji. Są wielkie tragedie i małe chwile szczęścia. Są chwile, w których łza się w oku kręci i momenty, że uśmiechamy się pod nosem. Przeżywamy z bohaterami radość z zakończenia wojny i niepewność w nowym kraju. Wszystkie te emocje odczuwałam razem z rodziną Pawulskich.
Drugi wątek, który czytałam z zaciekawieniem, to miłość do muzyki. Każdy członek  tej krakowskiej rodziny grał na jakimś instrumencie. To grą wyrażali smutek, miłość, żal. W czasie okupacji umilali  sobie wieczory wspólnym koncertowaniem. A w czasach powojennych muzyka była tym, co łączyło ich z nieżyjącymi członkami rodziny i opuszczonym krajem. To instrument na którym grali, był jak przyjaciel, któremu mogli się wyżalić poprzez grę i jak rozdzierająca serce pamiątka po świecie, którego nie ma. Bardzo ciekawie to autorka przedstawiła.

Ta powieść dla tych, którzy doceniają spokojne lektury. Przynajmniej tak ja to odczuwałam podczas czytania. Czytałam powoli, nie chcąc żeby się skończyła.  Wielokrotnie zastanawiałam się nad wyborami bohaterów i dyskretnie ocierałam łzy. Ta pozycja utwierdziła mnie, że moje wyznawana zasada "nigdy nie trać nadziei" ma jednak rację bytu. Choć z drugiej strony, lektura ta pokazała, że moje stwierdzenie, że "przeżyć wojnę to duże szczęście" jednak nie zawsze jest prawdziwe.

Mam jednak kilka uwag odnośnie tej książki. Ale są one na tyle drobne, że nie warto o nich wspominać. Ale mam jedno ALE, którego nie mogę przemilczeć. Mam duże zastrzeżenia odnośnie osoby, która robiła korektę tej powieści. Takiej ilości przeoczonych błędów, to ja jeszcze nie widziałam: kropki i przecinki żyją swoim życiem, duża czy mała litera na początku zdania też nie ma znaczenia dla pani korektorki, literówki to aż oczy bolą: "on" czy "ona", "do" czy "od", co za różnica. Jak dla mnie: jeden wielki minus dla wydawnictwa.

Reasumując: bardzo ciekawa i wciągająca powieść o losach krakowskiej rodziny w czasie wojny jak i po jej zakończeniu.
Polecam.

środa, 5 lipca 2017

Dziewczyna z daleka. Magdalena Knedler

TYTUŁ: Dziewczyna z daleka
AUTOR: Magdalena Knedler
WYDAWNICTWO:Wydawnictow Novae Res
GATUNEK: polska literatura współczesna
stron: 378

zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek

Książka ta należy to tego rodzaju lektur, po które sięgam najchętniej. Czyli musi zawierać kilka elementów: okres przedwojenny, druga wojna światowa, trudne wybory, wątek teraźniejszy przeplatany wspomnieniami, tajemnice rodzinne i zaskakujące zakończenie. 
I w tej pozycji znalazłam to wszystko. Tylko to zakończenie... Powinien być jakiś odgórny zakaz niepozwalający tak kończyć powieści...

Wątek współczesny można opowiedzieć w kilku słowach. Do prawie stuletniej Nataszy przyjeżdża młody Anglik. Z babcią przebywa jej wnuczka, Lena Rajska. Pojawienie się Pana Adamsa wprowadza zamęt w życiu kobiet. Jaki? Natasza będzie musiała opowiedzieć historię swojego życia i wyznać prawdę. Bolesną prawdę.

Wątek wspomnieniowy to właśnie ta historia opowiadana przez staruszkę. Historia, która zaczyna się w latach trzydziestych na Wileńszczyźnie, a kończy w 2016 roku w Polsce.

Nie będę streszczać fabuły. Bo nie w tym rzecz.
Opiszę tylko kilka kwestii, na które ja zwróciłam uwagę.

95 lat. Piękny wiek. A czy kiedyś zastanawialiście się na tym, że długowieczność może być rodzajem kary? Karą za grzechy. Że można nie chcieć żyć, a musieć nieść niechciany bagaż wspomnień? Mnie się zawsze wydawało, że móc dożyć stu lat, to świetny moment w życiu. Ale po tej książce nie jestem już do tej myśli przekonana.

Miłość. Jak wielką ma moc? Do czego może skłonić człowieka? A gdzie leży granica pomiędzy miłością i nienawiścią? A zemsta z miłości? Czy można kochać tak bardzo, że nie można wybaczyć  zdrady i chcieć śmierci? Tak na marginesie powiem tylko: tego Tadeusz Winiewicza to jakbym dorwała w swoje łapki... Dla mnie to skurwiel do kwadratu i ani na chwilę nie wzbudził we mnie cieplejszych uczuć. Ani razu.

Gorset konwenansów i norm społecznych. Czy można nie chcieć być bogatą i mieszkać w dworku? Czy marzyć o innym życiu to grzech? Czy można zostawić wszystko i żyć jak się chce i nie oglądać się na rodzinne zobowiązania? Z nie wiadomych mi przyczyn bardzo współczułam Natalii.

Jak to jest być dzieckiem ojca - polskiego ziemianina z Kresów Wschodnich i matki pochodzącej z berlińskiej rodziny bankierów i mieć wujka w NSDAP? Mieszkać w Polsce, w której w 1939 roku wybucha wojna? Tożsamość narodowa to jednak ważna rzecz.

Ile w stanie jest człowiek znieść? Głodu, zimna, tęsknoty? Czy człowieka można złamać?  Wiele tygodni w pociągu, potem katorżnicza praca, paraliżujący mróz, wszechogarniająca tęsknota. Czytanie o takich warunkach w lipcu to nie jest jednak dobry pomysł. Miałam "gęsią skórkę"...

Książka to spowodowała u mnie gonitwę myśli. Zawsze, kiedy czytam takie historie, to zastanawiam się, co ja bym zrobiła na miejscu bohaterki. Jakich wyborów bym dokonała? Czy potrafiłabym żyć w kłamstwie i z poczuciem winy? Czy miałabym odwagę wyznać prawdę? Mnóstwo pytań. A to lubię w czytanych lekturach.

Podsumowując.

"Dziewczyna z daleka" ma u mnie, w sumie, 3 minusy:
- za bardzo rozwleczony początek,
- okładka nie pasuje mi do treści,
- i to nieszczęsne zakończenie, na które się nie godzę.

Plusy:
- historia, która wyciska łzy i chwyta za serce,
- wspaniała lekcja historii,
- opowieść daje powody do wielu przemyśleń,
- napisana w taki sposób, który nie pozwala odłożyć książki.

Czyli polecam szczerze.

Zdjęcie autorskie Iza w labiryncie książek

Kruchy lód. Krzysztof Bochus

    TYTUŁ :   Kruchy lód AUTOR :  Krzysztof Bochus  WYDAWNICTWO : Skarpa Warszawska GATUNEK:  kryminał STRON : 368 DATA PREMIERY:  13 marca ...